Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

17- Nie WSZYSTKO się zmieniło (Adam i Wiki)- Mnie nie oszukasz


Dopiero w samochodzie zdałem sobie sprawę z tego, że w końcu nie zjadłem śniadania. Pewnie to dlatego Oliwia mnie wołała. Ale może to i lepiej. Blondynka jest naprawdę dobrą, jak na tak młodą dziewczynę matką, ale kucharka z niej raczej średnia. Założę się, że przypaliła zarówno bekon, jak i jajka, a w dodatku je przesoliła.
Zajechałem do szpitala stosunkowo szybko, po przebraniu się poszedłem do pokoju lekarskiego i niemal odetchnąłem z ulgą kiedy zobaczyłem nazwisko Wiki na tablicy. Mało tego, widocznie szczęście mnie nie opuszczało, gdyż mam z Nią wykonać dziś kilka zabiegów. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi losu nie uda Jej się mnie wiecznie unikać. Jak gdyby udało mi się ściągnąć Ją myślami, weszła właśnie do pomieszczenia. Miała rozpuszczone włosy, chyba trochę dłuższe, niż ostatnio, gdy Ją widziałem. W białym t-shircie i granatowym żakiecie prezentowała się nienagannie. Chociaż dostrzegłem zmęczenie wymalowane na Jej twarzy.
- Wiki
- Adam
- Nie no to może od teraz zaczniemy do siebie dygać! Bo jeszcze tylko tego brakuje!- zdenerwowałem się nie na żarty. Dlaczego zachowuje się tak oschle?
- O co ci chodzi?
- O co mi chodzi?- zaśmiałem się bez cienia wesołości- ty sobie ze mnie żartujesz? Wyjechałaś bez słowa wyjaśnienia, ani jakiegokolwiek poinformowania mnie o tym gdzie jedziesz, na jak długo i z kim? Już nie wspominając o tym, że ani razu nie odebrałaś, ani nie oddzwoniłaś! Masz pojęcie jak się martwiłem? Nikt nie wiedział co się z tobą dzieje. Zupełnie jak byś się zapadła pod ziemię.
- Dzięki za troskę, ale jak widzisz nic mi nie jest. Potrzebowałam tylko trochę czasu i przestrzeni, aby sobie wszystko poukładać- oznajmiła ze stoickim spokojem, zupełnie tak jakbym nigdy na Nią nie naskoczył to sprawiło, że i ja próbowałem się opanować.
- I co? Poukładałaś sobie wszystko?
- Bardziej już się nie da.
- W takim razie do jakich wniosków doszłaś?
- Adam, jeśli sądzisz, że ja przez cały wyjazd tylko o tobie myślałam i zastanawiałam się co z nami będzie to jesteś w wielkim błędzie. Wzięłam wolne, aby odpocząć. Potrzebowałam tego.
- Opuszczenie „Leśnej Góry" to też coś czego potrzebujesz?
- Możliwe, jeszcze nie zdecydowałam.
- No jasne! Jeszcze nie zdecydowałaś. Bo to oczywiście ty będziesz decydować, a ja nie mam nic go gadania w tej kwestii.
- Żebyś wiedział. Podszedłem do Niej i spojrzałem Jej w oczy
- Zdajesz sobie sprawę, że nie wierzę w ani jedno twoje słowo
? Nie uwierzę w to, że już o mnie zapomniałaś, pomimo twoich usilnych starań bym to zrobił. Znam cie Wiki. To się nigdy nie zmieni. Mnie nie oszukasz- powiedziałem po czym opuściłem pokój. Nie chciałem się z Nią kłócić. Właściwie to jedyna rzecz, której pragnąłem od kiedy pierwszy raz Ją zobaczyłem to wziąć Ją w ramiona i już nie wypuszczać z objęć.
Do końca dnia zdążyłem zmienić zdanie na temat przydzielenia Nas do tych samych operacji. Słowo profesjonalnie, nawet w najmniejszym stopniu nie oddaje tego jaka atmosfera panowała na sali. Wiktoria traktowała mnie zupełnie tak jakbym był Jej zupełnie obcy. Cały czas zwracała się do mnie per „doktorze Krajewski", lecz tym razem to nie było takie typowe dla Nas droczenie się. Nawet instrumentariuszka była zaskoczona Jej zachowaniem. Wszyscy obecni czuli się niekomfortowo.
Kiedy skończyłem pracę na dzisiaj postanowiłem ją odszukać i porozmawiać, tym razem na spokojnie, poza pracą na jakimś neutralnym gruncie. Planowałem zabrać Ją na kawę, zważywszy na to, iż ma wieczny niedobór kofeiny we krwi lub kolacje. Nie mogłem znaleźć Jej w szpitalu, więc postanowiłem poczekać na zewnątrz, aż wyjdzie. Jednak widocznie się spóźniłem. Scena, którą miałem teraz przed oczami będzie mnie prześladować do końca moich dni. Zaledwie kilka metrów dalej miłość mojego życia przytulała się do jakiegoś faceta. To zdecydowanie nie był przyjacielski uścisk. Serce na kilka sekund mi się zatrzymało, po czym popędziło galopem. Puls słyszałem w uszach. Niemal czułem jak adrenalina wypełnia mi żyły, niczym żrący kwas. Nie widziałem kim jest ten śmiałek, który zarywał do MOJEJ dziewczyny, ponieważ był obrócony do mnie tyłem. Za chwilę jednak pożałuje, iż zdobył się na coś takiego! Już szedłem w Ich stronę z zaciśniętymi w pięści dłońmi, kiedy stanąłem jak przygwożdżony do ziemi, gdy ujrzałem twarz mojego nowego rywala. To był Krzysztof! Tak TEN Krzysztof Radwan. Co on tu robi do cholery?!
Ten dzień był znacznie cięższy, niż sobie wyobrażałam. Przez cały czas usiłowałam zachowywać dystans pomiędzy nami, ponieważ kiedy tylko podchodził bliżej jedyne o czym mogłam myśleć to rzucenie się Mu w ramiona i rozpłakanie niczym mała, smutna dziewczynka. A to nie jest coś na co mogę sobie pozwolić. Zwłaszcza teraz. Jednak traktowanie Go w ten sposób raniło moje serce. Widziałam jak cierpi prze ze mnie, a to wcale nie jest tak, że chcę, Go zranić za to, że złamał mi serce. Powinnam tego pragnąć. Gdyby to był jakikolwiek inny facet to z pewnością opracowywałabym zemstę z najdrobniejszymi szczegółami. Ale to jest MÓJ Adam, no dobrze już nie mój, ale moje serce jeszcze nie jest gotowe, aby się do tego przyznać.
Kiedy tylko nie mieliśmy wspólnych zabiegów dość skrupulatnie Go unikałam. Celowo poszłam na obiad o innej porze, niż zazwyczaj, a kiedy wiedziałam, iż jest w pokoju lekarskim to chodziłam po szpitalnych korytarzach doglądając pacjentów, nawet nie swoich. Byle tylko czymś się zająć.
Po skończonym dniu wyczaiłam moment w którym wyszedł przebrany, aby mieć pewność, że więcej się na Niego nie natknę. Przynajmniej dzisiaj. Poszłam do szatni i ściągnęłam z siebie robocze ubranie, po czym założyłam zielony sweterek, prezent od Adama, ale On nie musiał wiedzieć, że nadal go noszę. Ani tym bardziej, iż jest obecnie moją ulubioną częścią garderoby. Jest na tyle długi, że mogę go nosić w formie sukienki, tak zrobiłam dzisiaj. Rozpuściłam włosy i przeczesałam palcami. Spojrzałam w lusterko i stwierdziłam, że wyglądam znacznie lepiej, niż się czuję. Zabrałam torebkę, po czym wyszłam z pomieszczenia.
Przed szpitalem natknęłam się na Krzysztofa. Niedawno wrócił, a przez to, iż wcześniej pozwolił Nam, Adamowi i mi wynajmować swoje mieszkanie to teraz został na lodzie. Dlatego pozwoliłam Mu zostać u mnie na jakiś czas. Radwan był mi za to niezmiernie wdzięczny, zupełnie tak jak by nie zdawał sobie sprawy z tego, że to nie ja „ratuję" Jego, lecz na odwrót. Od kiedy Adam się wyprowadził w mieszkaniu było tak niewiarygodnie cicho i zadziwiająco zimno. Radwan, Jego obecność okazała się bardzo pomocna. Przynajmniej nie musiałam spędzać samotnych wieczorów z pudełkiem lodów.
Jakiś czas temu powiedziałam Mu o ciąży. Od tego momentu jest zadziwiająco troskliwy i opiekuńczy. Nie pozwala mi nic podnosić, sam robi zakupy, sprząta w mieszkaniu, a nawet ścieli MOJE łóżko. Kiedy powtarzam Mu, że ciąża to przecież nie choroba, to On mówi, że jest ginekologiem i wie lepiej czym zamyka mi usta. Nie lubię tego, że w tej kwestii ma nade mną przewagę.
Teraz stał przed szpitalem i najwyraźniej na mnie czekał. Miał dziś wolne z pracy, więc obiecał zrobić zakupy. Wystarczyło spojrzeć na siatki, które trzymał, aby wiedzieć, że dotrzymał słowa. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę i nagle coś we mnie pękło. Nie mam pojęcia czym to było spowodowane. Czy tym, że gdyby sytuacja potoczyła się inaczej to Adam byłby tym, który by teraz na mnie czekał, a może to hormony, ale zanim się zorientowałam szloch zaczął wydobywać się z mojej piersi, a łzy zamazały pole widzenia. Krzysiek widząc to podszedł bliżej i postawił siatki na ziemi.
- Wiki co jest?- zapytał, a w jego głosie mogłam usłyszeć troskę.
- Sama nie wiem- wyszeptałam. On jedynie patrzył na mnie przez chwilę po czym otarł dłonią łzę spływającą mi po policzku, po czym złapał mnie za tył głowy i przyciągnął do swojej klatki piersiowej zamykając w mocnym uścisku, tak jakby się obawiał, że za chwilę się przewrócę, jeśli mnie nie podtrzyma. Rany musiałam wyglądać znacznie gorzej, niż mi się wydawało skoro zdobył się na coś takiego. W końcu byliśmy jedynie przyjaciółmi. Mogę sobie jednak wyobrazić jak to wyglądało dla postronnego obserwatora. Ale w  tym momencie nie przeszkadzało mi to co sobie ktoś pomyśli. Potrzebowałam tego. Jego siły, Jego troski, Jego mocnych ramion, które okazały się dla mnie ostoją. Starałam się nie przyznawać do tego nawet przed samą sobą, ale w rzeczywistości bardzo brakowało mi czułości i troski, cholernie brakowało mi bycia przytulaną i kochaną. Adam nigdy mi tego nie szczędził. Kiedy byliśmy razem byliśmy ze sobą bardzo blisko. Nie tylko emocjonalnie, ale także fizycznie. Nie zastanawialiśmy się nawet nad tym po co, ani jak. Po prostu gdy staliśmy obok siebie zawsze się obejmowaliśmy, albo przynajmniej trzymaliśmy za ręce. Gdy On siedział przy biurku nad kartami pacjentów ja stałam za nim i opierałam dłonie na Jego barkach, natomiast kiedy ja przyglądałam się zdjęciom rentgenowskim on zachodził mnie od tyłu, całował w głowę i obejmował swoimi silnymi ramionami w talii. Takie zachowania były tak naturalnie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. To było po prostu tak jakbyśmy oboje potrzebowali tej bliskości. A teraz kiedy tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam. Kiedy stało się to dla mnie niemal niezbędne, teraz kiedy tego potrzebuję już nie mogę tego mieć. Głośny szloch znowu wydobył się z mojego gardła, a ja jedynie mocniej wtuliłam się w kurtkę Krzyśka. 

Auć, niezręczne. Adaś chyba nie jest gotowy na oglądanie czułości Jego ukochanej. Co zrobi teraz kiedy się dowiedział, że Jego Wiki już znalazła pocieszenie, podczas, gdy On ciągle cierpi z powodu Ich rozstania? Będzie walczył o Consalidę, czy też uzna, że Ona zasługuje na szczęście, którego On w tym momencie nie może Jej ofiarować? Czy przedłoży Jej szczęście ponad własne? A co zrobi Wiktoria, gdy zorientuje się, iż był pewien świadek przyglądający się chwili Jej słabości? 

17- Nie WSZYSTKO się zmieniło (Adam i Wiki)- To nie TAK miało wyglądać!


Podjechałem pod szpital i zaparkowałem. Wysiadłem z samochodu i zacząłem się rozglądać za samochodem Wiki. Przez kilka dni nie miałem z Nią żadnego kontaktu, bo Józio zachorował, a Oliwia cały czas się Nim zajmuje. Nie mogłem znowu zostawić jej z tym samej. I tak już mam wystarczające wyrzuty sumienia. Ale z tego powodu nie mogłem skontaktować się z Wiktorią. Przecież nie mogłem tak po prostu do Niej zadzwonić przy Oliwii i próbować przekonać Ją, że moje uczucia do Niej się nie zmieniły. Nie jestem idiotą. Wiem, że Oliwia skrycie liczy na to, iż połączy Nas coś więcej, niż rodzicielstwo, a mój brat Jej pomaga. Chociaż przyznaje, że tego nie rozumiem. Przecież On uwielbia Wiki, kiedyś nawet się w Niej kochał. Czemu teraz jest przeciwko Niej? Wydaje mi się, że to z powodu Józia. Andrzej chyba się obawia, że jeśli nie będę z Oliwią to Ona sobie kogoś znajdzie i będzie wychowywała mojego syna z Nim, a ja praktycznie nie będę miał z Nim kontaktu. Tak jakbym miał do tego dopuścić. Przecież to jest MOJE dziecko. Nigdy bym tego nie zrobił. Ale także nigdy nie dopuszczę do tego abym stracił Wiki. Nie ma mowy! Po tym wszystkim przez co przeszliśmy zdecydowanie zasługujemy na happy end. Wiktoria kiedyś mnie przed tym ostrzegała. Wtedy myśl o ślubie rodziła we mnie przerażenie, ale teraz to wydaje się takie oczywiste. Oświadczyłam się Wiki owszem, aby Ją przy sobie zatrzymać, ale nie tylko. Naprawdę chciałem, chcę się z Nią ożenić. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie życia bez Niej. Z rozmyślań wyrwał mnie telefon.
- Tak, już jestem przed szpitalem....idę- rzuciłem krótko w słuchawkę i wszedłem do placówki. Przebrałem się szybko i poszedłem do pokoju lekarskiego. Mam dziś dyżur i liczyłem na to, że Wiki też, ale po spojrzeniu na tablice moje nadzieje na to, że uda mi się z Nią dzisiaj porozmawiać się rozwiały. Nie jestem nawet pewien tego czy jest dzisiaj w szpitalu.
- Panie doktorze pacjentka z ostrym bólem w podbrzuszu została właśnie przywieziona
- Już idę- rzuciłem
Po dotarciu na izbę przyjęć okazało się, że pacjentka ma ostry brzuch i trzeba będzie operować. Liczyłem na to, że wykonam ten zabieg z Wiki. Brakowało mi pracy z nią, jak i Jej samej, ale zawsze stanowiliśmy świetny zespół.
- Słyszałem, że potrzebujesz kogoś do asysty- odezwał się Falkowicz wchodząc na izbę
- Siostro proszę przygotować pacjentkę do operacji.
Zabieg nie zajął Nam dużo czasu, a pacjentka dobrze rokowała. Kiedy myliśmy ręce Andrzej oczywiście nie mógł milczeć
- Jak ci się podoba ojcostwo?
- Bardzo- skłamałem. To nie tak, że nie lubię być ojcem, ale to nie tak powinno wyglądać! Wiem, że gdyby to było  NASZE dziecko. Moje i Wiki to Ona jako matka wiedziałaby różne rzeczy o których Oliwia nie ma jeszcze pojęcia. Może dzięki temu udałoby Nam się uniknąć nieprzespanych nocy?
- Rodzicielstwo najwidoczniej ci nie służy- powiedział wskazując moją twarz. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem ciemne kręgi pod oczami
- Ciekawe jak ty byś wyglądał po 3 godzinach snu przez niemalże tydzień, noc, w noc- odgryzłem się
- Nikt ci nie kazał tak długo zabawiać się z Oliwią. Biedny Józio czego był świadkiem- powiedział udając przestrach. Takie gadanie wnerwia mnie i to nie na żarty.
- Wiesz co? Nic dziwnego, że Matylda ma cie dosyć. Zajmij się lepiej swoimi sprawami, a nie...
- Ale to jest jak najbardziej moja sprawa braciszku. Po za tym nie zaprzeczyłeś. Czy to możliwe, że już niedługo będę miał bratową? Wiesz naprawdę lubię tą dziewczynę
- To sam się z nią ożeń!- wypaliłem
- Oj ktoś ma chyba nie najlepszy humor i to nie z powodu zarwanych nocy. Niech zgadnę zaczyna się na W a kończy na a?
- Skoro już o Niej mowa to być może faktycznie będziesz miał bratową
- Serio braciszku? A byłeś tam wtedy kiedy się Jej oświadczałeś? Bo ja byłem i widziałem jak spuściła cie na drzewo
- Zmieni zdanie- odparłem z przekonaniem, którego nie miałem do końca.
- Po za tym czegoś tu nie rozumiem. Czemu tak się uwziąłeś na Wiki? Już zapomniałeś jak wiele zrobiła dla ciebie? Dla nas? Zawsze robiłeś z niej kobietę fatalną i odradzałeś mi związek z Nią, a tak naprawdę to wszystko rozpadło się nie przez Nią, tylko przeze mnie.
- Tak, tylko przez to, że nie potrafiłeś utrzymać ptaszka w spodniach. Spojrzałem na niego z pod byka. Ale On nic sobie z tego nie robiąc mówił dalej.
A wracając do Wiktorii to nie jest tak, że Jej nie lubię. Przecież wiesz, że Ją kocham. Skąd to spojrzenie bracie?- powiedział rozbawiony
- Przecież wiesz, że kiedyś nawet się Jej oświadczyłem.
- Tak, ale spuściła cie na drzewo- powtórzył z satysfakcją
- Owszem, bo jestem dla Niej zbyt dojrzały. Widocznie potrzebowała jeszcze gówniarza, ale próbuje powiedzieć, że traktuję Ją jak rodzinę, powiedzmy młodszą siostrę. Poza tym swego czasu faktycznie myślałem, że zostanie moją bratową.
- Jeszcze się doczekasz.
- Jak myślisz czy gdybym Jej nie lubił to czy potargałbym Jej wypowiedzenie?
- Co? Jakie wypowiedzenie? O czym ty do cholery mówisz?
- Ups, więc nie wiedziałeś- zrobił minę niewiniątka
- Nie drażnij mnie
- Wiktoria złożyła wypowiedzenie kilka dni temu. To znaczy zamierzała to zrobić, ale tak jak już wspomniałem, nie pozwoliłem Jej na to. Z tym, że nie wiem czy nie zrobiła tego po raz drugi. Od tamtej pory Jej nie widziałem.
Wybiegłem stamtąd i postanowiłem od razu zadzwonić do Wiktorii. Po 3 sygnałach odezwała się poczta głosowa
- Cholera Wiki co to znaczy, że chcesz odejść ze szpitala? I czy naprawdę nie możesz choć raz odebrać tego pieprzonego telefonu?!
Pojechałem wieczorem pod nasze byłe mieszkanie i zacząłem się tłuc do drzwi domyślając się, że jest w domu tylko po prostu nie otwiera.
- Cholera Wiki otwórz te pieprzone drzwi bo inaczej je wyważę! Wiesz, że nie żartuję! Dobijałem się tak głośno, że musiałem pobudzić sąsiadów. Jedna kobieta z nad przeciwka wyszła rozespana w samej piżamie
- Co pan wyprawia! Jak pan natychmiast nie przestanie to zadzwonię na policję!
- Dzień dobry pani. Przepraszam za zakłócanie spokoju, ale naprawę muszę porozmawiać z moją dziewczyną- próbowałem być uprzejmy, mimo okoliczności
- Dzień dobry? Wie pan, która jest godzina? Środek nocy
- Wiem i przepraszam, ale to naprawdę pilne
- Ale pani Consalida wyjechała. Nie ma jej w domu- odpowiedziała starsza kobieta ziewając, czym kompletnie mnie zaskoczyła.
- Jak to jej nie ma? O czym pani mówi?
- Zostawiła mi klucze do mieszkania na wszelki wypadek, gdyby właściciel ich potrzebował.
- Ale co to znacz?, Że się wyprowadziła?- zapytałem mając coraz gorsze przeczucia
- Nie wiem na ile wyjechała, ale wiem, że na długo, a teraz proszę przestać hałasować. Teraz jak mnie pan obudził będę musiała do samego rana słuchać chrapania męża- burknęła na odchodnym, po czym zatrzasnęła drzwi. Wiki wyjechała na długo? Co to znaczy? Gdzie pojechała? Kiedy wróci? Dlaczego nic mi nie powiedziała? Rozstanie nie upoważnia Jej do tego, żeby tak znikać z pomierzchni ziemi bez słowa wyjaśnienia do cholery!
Słyszę dźwięk budzika i jedyne co mam ochotę zrobić to strącić go z szafki nocnej, abym nie musiał już dłużej słuchać tego irytującego dźwięku. A miałem taki piękny sen w którym Wiki wróciła z tego swojego zdecydowanie za bardzo jak na mój gust przedłużającego się wyjazdu, przemyślała wszystko i nawet przyjęła moje oświadczyny. Byliśmy w naszym domu, nie mieszkaniu domu, w sypialni, całowaliśmy się i.... nietrudno się domyślić co było dalej. Dlaczego to cholerne urządzenie musiało zadzwonić właśnie w takim momencie?! Westchnąłem, po czym usiadłem na łóżku, a raczej powinienem powiedzieć na kanapie, która swoją drogę jest strasznie niewygodna. Oliwia co prawda nie raz już proponowała mi abym się przeniósł na drugą połowę Jej łóżka, ale ja nie mogę tego zrobić. Jeśli zacznę się zachowywać tak jakbyśmy byli prawdziwą parą to tak jakbym miał przyznać się do tego, że między Wiki i mną to już jest koniec. A na to nie jestem jeszcze gotowy, z resztą mam przeczucie, że nigdy nie będę.
Przez ostatni miesiąc od kiedy wyjechała polubiłem spanie. Tak wiem jak to brzmi. Ale wcześniej sypiałem może z pięć godzin, a później dwa kubki kawy i byłem gotowy do pracy. Teraz moje sny to jedyne miejsce gdzie mogę ujrzeć Wiktorię. Oczywiście nie licząc zdjęć, ale nie mogę się przecież na nie gapić 24h, bo jeszcze Oliwia by coś zauważyła i zaczęłaby się kolejna awantura. A do głowy mi przecież nie wejdzie. Ehh tak bardzo tęsknię za czasami, kiedy to wylegiwaliśmy się z Wiki w łóżku godzinami, kiedy mieliśmy wolny dzień. Wciąż pamiętam jej zapach utrzymujący się na poduszce, nawet kiedy z samego rana poszła pod prysznic. Najbardziej lubiłem budzić się przed nią, kiedy Jej widok był pierwszym jaki widziałem z samego rana. Po prostu nie mogłem być wtedy szczęśliwszy. W takim momentach przybliżałem się do Niej, oplatałem Ją ramionami, po czym kładłem głowę w zagłębieniu Jej szyi i wdychałem Jej piękny zapach. Swoją drogą zawsze zastanawiałem się co to był za zapach. Hm...chyba różany z domieszką jaśminu? Nie wiem nie znam się. Zapewniam jednak, że jest to najcudowniejszy zapach na świecie.
Kiedy krzątałem się po kuchni przygotowując śniadanie i podgrzewając mleko dla Józia weszła Oliwia. Jak zwykle była nieuczesana, bez makijażu, rozespana i w piżamie. Zawsze widując Ją taką rano zachodzę w głowę jakim to sposobem Wiki nawet zaraz po przebudzeniu wygląda perfekcyjnie, ale podejrzewam, że w tej kwestii nie jestem obiektywny.
- Już wstałeś?- spytała ziewając i przecierając oczy
- Tak , za niecałą godzinę muszę być w szpitalu
- Dobra to ty idź pod prysznic, a ja w tym czasie zrobię ci śniadanie. Co wolisz jajka sadzone z bekonem czy jajecznicę?
- Wiki przecież wiesz, że nie znoszę jajecznicy- powiedziałem, dopiero po chwili uświadamiając sobie co zrobiłem. Spojrzałem na blondynkę z lekkimi wyrzutami sumienia. W końcu to nie Jej wina, iż to nie Ona jest tą, którą kocham. Wiem, że się stara, widzę to, ale nic nie poradzę na swoje uczucia. Odwzajemniła moje spojrzenie, po czym uśmiechnęła się smutno.
- Ciągle o niej myślisz, prawda?
- Po prostu się przejęzyczyłem- skłamałem- nie doszukuj się drugiego dna.
- Tak faktycznie Oliwia, a Wiktoria, brzmi niezwykle podobnie. Czy ona wróciła?- zapytała niepewnie
- Jeszcze nie- rzuciłem w biegu- idę pod prysznic. Po czym wyszedłem z kuchni.
Stanąłem przed lustrem w łazience, po czym przemyłem twarz zimną wodą, aby do reszty wybudzić się z mojego pięknego snu. Spojrzałem na mojego lustrzanego „przyjaciela"
- Co ty wyprawiasz stary? Przecież przez ostatni miesiąc tak dobrze ci szło. A może to tylko mi się wydawało, iż tak genialnie oszukuję Oliwię? Może wiedziała przez cały czas? Cóż, jestem beznadziejnym aktorem, to już wiemy. No bo wystarczy, że ktoś tylko wspomni Jej imię, a ja od razu mam tęsknotę wypisaną na twarzy. Westchnąłem przeciągle po czym umyłem zęby, a potem wziąłem szybki prysznic, licząc na to, że może zimna woda mnie trochę ostudzi. Wyszedłem z łazienki i poszedłem do sypialni malucha.
- Słuchaj ja potrzebuje długiej i gorącej kąpieli, bo wczoraj byłam tak padnięta, że nie zdążyłam się nawet umyć. Nie musiałem tego wiedzieć- pomyślałem.
- Jasne, ja go nakarmię- oznajmiłem, po czym wziąłem synka na ręce. Wydoił całą butelkę. To dobrze, że apetyt Mu dopisuje, ale jak tak dalej pójdzie to wyrośnie z Niego taki sam pulpet jak ze mnie do wieku 5 lat. Kiedy był już pojedzony zaczął marudzić, więc zacząłem Go bujać, aby się uspokoił.
- Za niedługo możliwe, że poznasz bardzo miłą ciocię wiesz? Chciałbym żebyście się polubili, dobrze mały kolego? Tacie bardzo na tym zależy. Mogę na ciebie liczyć? Józio uśmiechnął się do mnie. Właściwie to pierwszy raz kiedy się do mnie uśmiechnął.
- Dobra, biorę to za odpowiedź- odwzajemniłem Jego uśmiech. Ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Gdyby to było NASZE dziecko to pierwsze co bym zrobił to pobiegł do Wiki i pokazałbym jej jak pięknie NASZE dziecko się uśmiecha. Mówiłem Jej już kiedyś, że mielibyśmy najpiękniejsze dzieci na świecie. Nie twierdzę, że mojemu Józiowi czegokolwiek brakuje, ale kiedy wyobrażam sobie córeczkę Wiki i moją, to niemal widzę oczami wyobraźni Jej piękne, delikatne rude włoski i kocie oczy, które patrzą na mnie bystro. A ja mogę Jej powiedzieć, że na pewno wyrośnie na śliczną i mądrą dziewczynkę, tak jak Jej mama.
- Adam nie spieszyłeś się przypadkiem do szpitala?- zapytała jasnowłosa stojąc w progu z turbanem na głowie. Spojrzałem na zegarek.
- Cholera jasna spóźnię się- podałem Jej malucha, porwałem szybko telefon, kurtkę i wystrzeliłem z domu. Słyszałem jak rodzicielka Józia mnie woła, ale już się nie wróciłem. 
Jak widać Adasiowi nie łatwo przychodzi zapomnieć o naszym ulubionym rudzielcu ;) Czy kiedykolwiek Mu się uda? Czy pogodzi się z obecną sytuacją? 

17- Nie WSZYSTKO się zmieniło (Adam i Wiki)- Dlaczego teraz?!


Siedziałam przed stołem w jeszcze do niedawna „naszym" mieszkaniu i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Po policzku zaczęły spływać mi łzy, a ja już sama nie wiedziałam czy to z rozpaczy, ze szczęścia, bezsilności czy też jakiejś mieszanki wszystkich tych emocji.
- Mamo- usłyszałam i aż się wzdrygnęłam. Moja córka Blanka tak rzadko tak do mnie mówiła. Nic dziwnego, w końcu przez niemal całe życie utwierdzałam ją w przekonaniu, iż jestem Jej siostrą. Obie miałyśmy problem z tym, aby się potem przestawić, ale forma „Wiki" gdzieś tam została i to właśnie tak najczęściej mówiła do mnie córka.
Położyła dłoń na moim ramieniu w wspierającym geście i milczała. Wiedziała, że w tym momencie nie ma słów, które mogłyby mnie pocieszyć. Patrzyłam na pomyśleć by można zwyczajny kawałek plastiku, który właśnie zweryfikował moje życie. Już nie było odwrotu. Jeszcze kilka minut temu byłam przekonana, że już nic gorszego nie może mnie spotkać. Życie jednak potrafi zaskoczyć. Tak samo jak przeszłość. Wrócić, niczym bumerang i ugryźć cie w tyłek. A mówiąc życie mam DOKŁADNIE to na myśli, gdyż okazuje się, że właśnie takie ŻYCIE będzie się we mnie rozwijać przez kolejnych 9 miesięcy.
W głowie kłębiły się miliony pytań. Co ja teraz zrobię? Czy powinnam je urodzić? Czy powiedzieć Adamowi? Zostać, czy wyjechać? Ale jak miałam odpowiedzieć na jakiekolwiek z nich w tamtym momencie?
- Będzie dobrze- usłyszałam- wszystko będzie dobrze- Blanka objęła mnie ramieniem po czym zaczęła się ze mną delikatnie kołysać, tak samo jak kiedyś ja kołysałam Ją, aby ululać Ją do snu. Wiedziałam, że to jedynie puste frazesy, mimo tego byłam Jej wdzięczna za to, że to powiedziała, bo ja bym nie potrafiła.
Minęło kilka dni podczas których ta „nowina" dotarła do mnie z pełną mocą. Adam wziął kilka dni wolnego, aby zająć się Józiem, nowonarodzonym synkiem oraz Oliwią. Nie miałam, więc nawet okazji do powiedzenia Mu o dziecku. Nie żebym zamierzała to zrobić. W końcu odrzuciłam Jego oświadczyny nie bez powodu. Wcześniej nie wyobrażałam sobie naszego wspólnego życia, jak mogłabym zacząć robić to teraz? „Pozwoliłam" Mu odejść, niemal sama wepchnęłam Go w ramiona Oliwii. Co mam Mu teraz powiedzieć? Że jestem w ciąży, więc zmieniłam zdanie? Przecież to idiotyczne. W dodatku nieprawdziwe! Wcale nie zmieniłam zdania. Nie widziałam dla Nas szans wcześniej i nadal jej nie widzę. Bo to jest tak cholernie niesprawiedliwe! Po tym wszystkim przez co razem przeszliśmy naprawdę sądziłam, że On jest tym jednym, jedynym i w głębi serca wierzyłam, iż ja jestem Jego. To ja powinnam zajść w ciąże, urodzić Mu dziecko. Razem powinniśmy wstawać w nocy z powodu płaczu malucha, to ja powinnam być tą, która będzie się śmiać z Adama, iż nie umie zmieniać pampersów, a później Go tego nauczyć, pierwsze kroki, pierwsze słowo. To wszystko powinniśmy przeżywać razem, wspólnie! Jak rodzina, prawdziwa rodzina. A nagle pojawiła się Ona i dała Mu wszystko to czego nie mogłam i prawdę mówiąc z początku nie chciałam dać ja.
Byłam bardzo młoda, kiedy urodziłam córkę. Moi rodzice stwierdzili, że będzie lepiej, jeśli to Oni Ją wychowają, abym nie zmarnowała sobie życia, kariery. Zawsze byłam bardzo zdolna i ambitna. Już jako dziecko od zawsze marzyłam o tym, by zostać chirurgiem, dlatego, gdy rodzice wyszli z tą propozycją zgodziłam się niemal bez słowa. Tym bardziej, że „mój chłopak" jeśli w ogóle mogę go tak nazwać był moim wykładowcą i miał żonę. Wiedziałam jak zareaguje na wieść o dziecku. Byłam pewna, że nie weźmie odpowiedzialności, więc jaki sens było mówienie Mu? Szczęście w nieszczęściu, że o ciąży dowiedziałam się w wakacje po zakończeniu liceum, więc zrobiłam sobie rok przerwy, urodziłam, po czym kontynuowałam edukacje udając przed wszystkimi nowymi znajomymi, że mam po prostu młodszą siostrę. Od starych znajomych odcięłam się całkowicie, nie było więc szans by ktoś odkrył prawdę, tym bardziej, że zmieniłam miejsce zamieszczania, a moja mama była wtedy na tyle młoda, że bez trudu każdy uwierzył, że mogła urodzić.
Skończyłam studia medyczne na których poznałam Przemka wtedy mojego chłopaka, teraz przyjaciela i Agatę, najlepszą przyjaciółkę. Moja rodzina wyjechała do Argentyny, a ja zaczęłam staż w „Leśnej Górze" później specjalizacja, a czas leciał. To nie tak, że po rozstaniu się z Przemo nie miałam żadnych facetów. Spotykałam się przez jakiś czas Z Piotrem Gawryło, który wtedy był dla mnie „góry", a później nawet miałam męża- Tomka.
Jednak Adam od momentu w którym tylko pojawił się w szpitalu zalazł mi za skórę. Na początku naprawdę nie znosiłam tego gościa. Był jedynie rozpieszczonym, aroganckim, podrywającym wszystko co się rusza protegowanym Falkowicza i jakie to byłoby proste gdyby tak zostało. No ale nie On musiał z czasem dojrzeć i się zmienić. Stać nie tylko rewelacyjnym chirurgiem, ale także świetnym facetem, a ja nawet nie wiem w którym momencie się w Nim zakochałam. Z początku miał Nas łączyć tylko seks i tak było. Ale kiedy zaczynało się robić poważnie któraś z Jego byłych skutecznie wybiła mi ten związek z głowy. Zawsze obawiałam się tego, że któregoś dnia pojawi się jakaś Jego ex i wszystko zniszczy, jedyne czego nie przewidziałam to Jej ciąży. Ale wracając do tematu. Kiedy uświadomiłam sobie, iż nasz związek i tak skończy się fatalnie wyszłam za Tomka. I z początku nawet byłam szczęśliwa, no powiedzmy. Rzepecki dawał mi poczucie bezpieczeństwa, wiedziałam, że mnie kocha, że nigdy nie zrani, nie zdradzi, nie opuści, a najpiękniejsze było to, iż nie musiałam obawiać się jakiejś jego byłej wyskakującej jak królik z kapelusza i rujnująca wszystko to co udało Nam się do tej pory zbudować. O ironio!
Związek z Adamem to było zupełnie co innego. To było ryzyko i to ogromne. Ja może i potrafię je podejmować na Sali operacyjnej, ale w życiu? Niekoniecznie. Ale On sprawił, że przestałam się bać. Więcej, niż raz udowodnił mi swoją miłość. Wiedziałam, że nie jestem dla Niego tylko jakąś kolejną. Właściwie przez cały okres trwania naszego związku codziennie utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Jak już mówiłam wcześniej. Wpadłam w „sidła" tego uczucia, zanim się zorientowałam. Pamiętaj jedynie, że Kiedy Adam miał operację przeszczepienia nerki to strasznie się o Niego bałam. Nie tak jak się człowiek martwi o przyjaciela. Wtedy już wiedziałam, byłam pewna, że Go kocham. Ale co z tego? Teraz to co czujemy nie ma już najmniejszego znaczenia. W każdym związku zdarzają się kryzysy, ale zazwyczaj, kiedy ludzie się kochają potrafią razem przezwyciężyć wszystko. Przynajmniej w to wierzyłam. Ale nie mogę i nie chce stawiać Mu ultimatum. Masz wybierać między własnym dzieckiem a mną? Kim musiałabym być, aby zrobić Mu coś takiego? A Józiowi? Przecież to dziecko w niczym nie zawiniło. Sama porzuciłam własną córkę, nie pozwolę na to, aby Adam postąpił tak samo w dodatku prze ze mnie. A teraz równanie jeszcze bardziej się zmieniło i pokomplikowało. Wiem, że jeśli Adam dowie się o naszym dziecku to na pewno Go nie zostawi. Wtedy dopiero będzie między młotem i kowadłem. Wybierać pomiędzy swoją byłą i dzieckiem, jeszcze nienarodzonym, a jednorazową kochanką i synkiem, którego pokochał od pierwszego wejrzenia.
Znając Go starałby się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie dla wszystkich, ale teraz kiedy jeszcze nie wie o mojej ciąży zamieszkał z Oliwią. Najwyraźniej już zdążył się pogodzić z tym, że teraz to Oni są Jego rodziną. Jego przyszłością, a ja? Cóż, dość sukcesywnie Go odpycham, więc możliwe, że już przestał próbować? W końcu ile można walić głową w mur?
Po tym wewnętrznym monologu podjęłam decyzję. Muszę wyjechać. Jeszcze tego samego dnia złożyłam wypowiedzenie, ale Andrzej go potargał, więc złożyłam wniosek o urlop. Wypowiedzenie mogę przecież w każdej chwili wysłać e-mailem tym razem do dyrektora. Po za tym to jest decyzja której nie mogę podejmować pochopnie. Ile razy już odchodziłam z „Leśnej Góry"? No właśnie. A ile to moje odejście trwało? Nie ma sensu szarpać nerwów Stefana. 

Hej Kochani. Tak jakoś mnie teraz wzięło na ten paring. Od zawsze Ich uwielbiałam, ale teraz postanowiłam dopisać własną wersję Ich historii. Nie wiem jak Wam,ale mi kompletnie nie odpowiada pojawienie się Oliwii. Rozumiem, że w serialach tak już jest, że nie może być sielanki zbyt długo, bo to się zaczyna nudzić i z tym się zgadzam. Rozumiem więc jakiś kryzys, rozstanie na jakiś czas z powodu np amnezji (tak wiem, że to strasznie oklepany motyw) albo innego powodu, ale czegoś co na się naprawić, rozwiązać. Albo faktycznie wtrącić taki wątek, po czym okazałoby się, że to nie jest jego dziecko. Ale teraz? To nie jest problem, który mogą rozwiązać dalej i ruszyć naprzód.  O czym My w ogóle rozmawiamy to nie jest żaden problem, to jest DZIECKO. A Ono jest teraz, będzie za 2 lata, za 5 i za 10. Stan z wcześniej już nigdy nie wróci. A Wiki o tym wie dlatego odrzuciła oświadczyny, mimo, że kocha Adama. 
Hehe tak wiem czasami za bardzo się wczuwam :D ale gdybym tego nie robiła to opowiadanie, jak i właściwie wszystkie moje opowiadania nigdy by nie powstały. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 

17- Nie WSZYSTKO się zmieniło (Adam i Wiki)- Opis

Wiktoria Consalida to atrakcyjna, wyjątkowo utalentowana młoda pani chirurg, która swego czasu sądziła, że już nigdy się nie zakocha. Los jednak postawił na Jej drodze Adama, przystojnego, wybitnego, młodego chirurga oraz onkologa. Wiki przez długi czas uciekała przed tym uczuciem, jednak gdy lekarz pierwszy raz zaszedł Jej za skórę, później już nie była w stanie się go pozbyć, nie wspominając o tym, iż nie chciała.
Jednak jej całe życie z dnia na dzień obróciło się o 1800. Kiedy dowiedziała się o zdradzie ukochanego, a potem o ciąży Oliwii. Plany i marzenia pękły niczym bańka mydlana i kiedy sądziła, że już nie może być gorzej odkrywa, iż nawet po rozstaniu z ukochanym zostanie Jej po nim pewna pamiątka.
Przedstawiam Wam mój własny scenariusz serialu „Na dobre i na złe". Nie mam pojęcia co planuje reżyser, jednak postanowiłam podzielić się z Wami swoim pomysłem. Dajcie mi proszę znać co o nim myślicie.

sobota, 2 lipca 2016

09- Już nigdy Cię nie zostawię (Sasusaku) rozdział 8 (ostatni)

                                    Paring: Sasusaku, Sakushi
                                    A/M: Naruto
                                    Dozwolone: 16 lat

Sasuke odprowadził Saradę do Naruto i oddał ją pod opiekę Hinaty. Wiedział,że tam jego córka będzie bezpieczna. Miał bardzo złe przeczucia odnośnie tego co spotkało jego żonę, (przynajmniej na razie). Po głowie cały czas tłukły mu się słowa jego największego wroga, z powodu którego nie widział rodziny tyle lat. Ten głos groźny i nieustępliwy wciaż powtarzał „ odbiorę ci wszystko co ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, zostaniesz z niczym, zniszczę cie.Udowodnie ci  jak bardzo jesteś słaby, zabiorę wszystko, co kiedykolwiek miało dla ciebie znaczenie, pokaże ci,że nie jesteś w   stanie ochronić nawet własnej rodziny, a kiedy z tobą  skończę  będziesz mnie  błagał  o śmierć.” To nie tak, że Sasuke po raz pierwszy słyszał te słowa we własnej głowie. Po wysłuchaniu tej groźby, wbiła się ona do jego głowy wyjątkowo uparcie nie chcąc pozwolić mu zapomnieć. Każdej nocy nękały go koszmary dotyczące wizji jak Muteki spęlnia swą obietnicę, zamieniając Sakurą i Saradę w swoje marionetki i każe jemu z nimi wlaczyć. A on nie mając wyjścia z początku tylko unika ciosów, ale kiedy zdaje sobie sprawę z tego,że to się na nic nie zda, zaczyna kontratakować. Widzi siebie walczącego z rodziną, która bez wględu nato jak bardzo jest ranna wciąż się podnosi, zupełnie jak Naruto- pomyślał z ironią. Pokręcił głową,aby pozbyć się męczących go wizji.
- Muszę się skupić, nie mogę się rozpraszać. Gdzie on mógł ją zabrać?- zastanowił się nad tym przez chwile. Jego ostatnio lakalizacja była wręcz doskonała. Głęboko ukryta w lesie przed resztą świata. Do tego „to” drewo. To właśnie z niego pobierał energię, dzięki niemu kontrolował ludzi, a także miał niewyobrażalną ilość chakry. Nie ma mowy,żeby miał znaleźć inną tak dogodnie ułożoną kryjówkę. Po zdaniu sobie z tego sprawy Sasuke ruszył do wyznaczonego miejsca. Dawał z siebie wszystko by dotrzeć tam jak najszybciej, robił jedynie krótkie postoje na odpoczynek i aby coś zjeść. Udało mu się dotrzeć na miejsce po 3 dniach. Dostrzegł kilka „marionetek”, ale postanowił nie zdawać się z nimi w walkę, nie tracąc czasu odnalazł roślinę, której szukał. Coś jednak się zmieniło, teraz drzewo zostało połączone z innym, stojącym na przeciwko. Spojrzał w górę i oniemiał. Do ogromnego wiatrowału była przygwożdżona mała postać o bladej porcelanowej cerze i różowych, jak najpiękniejszy odcień różu włosach. Uchiha wtrzymał oddech i przez chwile tylko patrzył. Jego uwagę przykuło to,że jej oczy były zamkniete, w dodatku nie ruszała się, nie miał nawet pojęcia czy oddycha. Była przywiązana jakimiś gubymi plączami, każdy na jej miejscu mógłby się udusić w tej sytuacji. Z przerażaniem uświadamiając sobie w jaką stronę biegną jego myśli, wyrwał się z cieni rzucanych przez starodrzewy i podbiegł do ukochanej.
- Sakura- zawował- Sakura, proszę cię odpowiedz mi- błagał w duchu- Sakura. Nagle dobiegł go złowieszczy i grożny śmiech, wiedział do kogo należy jeszcze zanim zerknął za siebie , obrócił się automatycznie i dostrzegł go. Tym razem stał na ziemi kilka metrów od niego. Oczywiście liany wciąż były do niego przywiązane. (przypominało do Nagato, który w ten sam sposób był połączony z posągiem Gedou, tyle,że on za pomocą metalowych prętów, a ten tutaj jak widać woli bardziej naturalne metody ;))
- Dawno się nie widzieliśmy Sasuke Uchiha- powiedział z szerokim uśmiechem, przepełnionym satystakcją- co słuchać? W domu wszyscy zdrowi?- powiedziawszy to spojrzał na swoją zdobych- aa no tak,czekaj coś kojarze..czy ta bezładnie wisząca kobieta nad naszymi głowami...czekaj jak ona miała...a to tak Sakura- wyszptał jadowicie- nie znasz jej przypadkiem?- spytał sarkastycznie
- Czego chcesz?
- Hm..jak mogłeś zapomnieć? Przecież powiedziałem ci,że moim pragnieniem jest cie zniszczyć, zrójnować twoje życie, rozdeptać jak robaka twoje istnienie hahaha- zabrzmiał złowieszczy śmiech- i jak? Jak to jest być wielkim Sasuke Uchihą nie mogącym zrobić dosłownie nic by urotować jedną z niewielu osób, które kocha, co? Bedącym bezbronnym, na mojej łasce? Serio pytam, bo aż jestem ciekawy- minęła chwila, a milczenie się się skończyło. Cisze przeciął czyjś głośny krzyk, brunet rozpoznał go bez problemu i podniósł wzrok na kobietę
- A no patrzcie...jednak jeszcze żyje...muszę to przyznać dziewczyna jest wyjątkowo wytrzymała- powiedział po czym spojrzał w oczy swojemu przeciwnikowi- chyba nie muszę ci mówić co się stanie, jeśli nie będziesz posłuszny, czyż nie?
- To mnie chcesz, możesz ze mną zrobić co zechcesz...cholera mogę nawet stać się twoim piepszonym sługą tylko wypuść ją. Ona nie ma z tym nic wspólnego.
- Wręcz przeciwnie...widzisz to właśnie za jej sprawą powiedziałeś,że mi się poddasz, gdyby jej tu nie było w życiu nie powiedziałbyś czegoś takiego.
- Sa...sasuke-kun- jego uszu dobiegł ledwie słyszalny szept- ucie..kaj
- Sakura!
- Proszę...zajmij się Saradą...powierzam ci ją...nie zawiedź nas
- No no proszę,masz jeszcze siłę na to aby troszczyć sie o innych? Uroczę matczyna miłosć nie zna granić, ale na twoim miejscu zacząłbym się bardziej martwić o siebie. W końcu uda mi się wyssać z ciebie całą chakrę, pomimo tego iż tak się starasz ją zachować. Przestań walczyć, opierać się, a twoje cierpienie się skończy



- Sakura nie poddawaj się..przysięgam,że cie uwolnię!- usłyszała. Z trudem utrzymywała półprzymkniete oczy, walcząc ze wszystkich sił by nie stracić przytomności. Żyła tylko i wyłacznie, dzięki utrzymuwaniu swojego drugiego źródła z chakrą. Tych zapasów nie pozwalała z siebie wyssać. Była tak zmęczona jak jeszcze nigdy dotąd, z trudem oddychała a o odpowiedzeniu Sasuke nie było nawet mowy. Wyczuła jednak tę determinacje w jego głosie, dlatego postanowiła dalej walczyć o to by nie zasnąć, wiedziała bowiem,że w tej sytuacji ta nawet krótka drzemka mogłaby kosztaować ją dosłownie- życie. Po intonacji jego głosu nie trudno było jej sie domyślić, że prędzej zginie niż ją zostawi. To przypomniało jej pewną sytuacje z przeszłości zanim jeszcze urodziła się Sarada. Byli na misji we dwoje, nie zapowiadała się ona na trudną z początku, jednak kiedy już wracali do Wioski Trawy z osobą, którą mieli eskortować znikąd pajawiła się całkiem spora liczba przeciwników, usiłującej zabić osobę, którą mieliśmy za zadanie chronić. Podzieliliśmy się więc na 2 role, Sasuke wlaczył, a ja ochraniałam pana Natakę. Jednak chakra skończyła mi się znacznie wcześniej niżbym przypuszczała, wtedy jeszcze nie wiedziałam,że byłam w ciąży, a większość mojej życiowej energii była wykorzystywana do podtrzymywania życia płodu. Chakra skończyła mi się w samym środku walki, mówiąc szczerze byłam wtedy pewna tego,że nie dość,że nie uda mi się ochronić pana Natakę to jeszcze stracę własne życie, ale jako ninja byłam na to przygotowana, w momencie zmasowanego ataku osłoniłam pana Natakę własnym ciałem przygotowując się na ciosy ze wszystkich stron. Jednak żaden z ataków nie nadszedł, to stało się tak szybko,że sama nie wiedzałam jak, ale na przeciwko mnie stał Sasuke, robiąc z siebie żywą tarczę został poważnie ranny. Nie dał rady odepszeć ataku, więc przyjął go na siebie. Podczas dalszego trwania starcia postąpił tak jak nigdy bym sie po nim nie spodziewała. Całkowicie porzucił swą misję, zamiast ochraniać pana Natakę, osłaniał jedynie mnie. A kiedy zapytałam go
- Sasuke-kun co ty robisz?!
- Próbuje jedynie chronić to co dla mnie najcenniejsze- odpowiedział. Pamiętam jak wtedy na mnie spojrzał. Z pasującą do niego irytacją za to,że zadaje tak głupie pytanie, ale także z troską, a nawet...jak mi się wtedy wydawało- miłością? Kiedy udało nam się bezpiecznie dotrzeć do Wioski to „ uczucie” z jego spojrzenia zniknęło bez śladu, więc wmówiłam sobie,że mi się przywidziało nie chcąc robić sobie niepotrzebnej nadziei. Zaraz chwila moment..czy to był tylko ten jeden raz, gdy widziałam „to” spojrzenie? Przed oczami pojawiła mi się jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Kiedy poznałam powód tak szybkiego wyczerpania chakry - Dowiedziałam się,że jestem w ciąży. Moja radość była tak wielka,że nie jestem w stanie tego opisać, ale to nie moja reakcja zaskoczyła mnie najbardziej. Szczerze mówiąc z początku obawiałam się trochę powiedzieć o tym Sasuke, nie wiedziałam jak zareaguje, po prawdzie byliśmy już wtedy małżeństwem, ale z nim nigdy nic nie było wiadomo. Gdy powiedziałam mu o tym,że noszę w brzuchu nowe życie z początku tylko patrzył na mnie oniemiały, a zaraz po chwili porwał mnie w ramiona i zaczął sie kręcić w ogół własnej osi. Po raz pierwszy z życiu słyszałam,że śmieje się jak mały chłopiec, kiedy zapytałam..
- Cieszysz się?
- Co to za pytanie, oczywiście,że się cieszę- odpowiedział mi z szerokim uśmiechem. Miał wtedy tyle szczęścia i nadziei w oczach i może coś jeszcze? Sama nie wiem, nie zastanawiałam się wtedy nad tym, ale czyżby to była miłość? Czy to możliwe,że Sasuke jednak odwzajemnił moje uczucia, tylko,że ja tego wcześniej nie zauważyłam? Czy to możliwe?

Z rozmyślań wyrwały mnie odgłosy walki dobiegające z dołu. Wiedziałam,że Sasuke walczył ze wszystkich sił. Na chwile przymknęłam oczy i zobaczyłam pod powiekami dwie twarze ludzi których najbardziej kocham, obydwie uśmiechały się do mnie, dwoje takich samych oczu przepełnionych radością. Nagle zmęczenie stało się obezwłasdniające, nie byłam już w stanie ponownie otworzyć oczu. Odgłosy dopiegające zewsząd zaczęły być coraz mniej słyszalne,aż całkiem ucichły.


Uchiha musiał przyznać,że Muteki był wyjątkowo wymagającym przeciwnikiem. Miał szczęście,że okazał się na tyle honorowy by waczyć jeden na jednego nie przywołując swoich marionetek. Był już nieźle zmęczony na domiar złego nie słyszał żadnej odpowiedzi ze strony Sakury pomimo tego,że nie raz ją wołał. Miał jeszcze asa w rękawie i uznał,że bez niego się nie obejdzie. W końcu używał przez cały czas Suzano, co chwile amaterasu, a mangekyo sharingan w ogóle nie podziałał, zupełnie tak jakby Muteki miał więcej niż jedną świadomość.

Kilka dni wcześniej

- Co to niby jest?- zapytał zaskoczony widząc małą podłużną kapsułkę na swojej dłoni
- To moja chakra, a raczej powinienem powiedzieć chakra Kuramy. Sakura utworzyła coś na kształt przochowywacza chakry z własnej energii życiowej w postaci małej łatwo przyswajalnej tabletki.  Szczerze do dziś nie mam pojęcia jak to zrobiła. Wiesz masz wyjątkowo uzdolnioną żonę- powiedział blondyn z powagą
- Wiem- odpowiedział
- Wykonianie ich nie jest proste dlatego mam tylko jedną, lepiej dobrze z niej skorzystaj i sprowadź Sakurę spowrotem
- O widzę,że się wreszcie nauczyłeś
- Czego?
- Tego, aby nie dodawać –chan do imienia mojej żony
- Tak postanowiłem zostawić tę opcję dla ciebie, chociaż wątpie czy kiedykolwiek tak do niej powiesz hehe


Teraz

Trzymając niebieską, pulsującą od chakry kapsułkę z pomarańczowym „płynem” w środku kucnął na chwile unikając ciosu i połknął dziwne tworzywo. Natychmiast poczuł wszechogarniającą go moc. Stał się wyjątkowo szybki, teraz bez trudu nie tylko ucikał ataków, ale także jego własne faktycznie zaczęły trafiać w cel. P wielu próbach wreczcie udało mu się uciąć liany, które musiały być wykonane z wyjątkowo odpornego tworzywa,gdyż wcześniejszymi atakami nie zostawił na nich nawet rysy. Muteki nagle stracił całą swoją siłę, teraz pokonanie go było kaszką z mleczkiem. Sasuke naprężył strzałę, którą wykonał za pomocą Suzano i trafił w cel błyskawicznie. Muteki nie zdążył zareagować, z siłą strzały przeleciał parę metrów po czym został przyszpilony do drzewa. Uchiha upewnił się,że nie żyje po czym uwolnił Sakurę. Z dudniącym sercem położył ją na ziemi dziękując za to,że wyczuł jak oddycha.
- Sakura-wyszeptał odgarniając jej włosy z twarzy- Sakura proszę obudź się...otwórz oczy Sakura. Jej powieki zadrgały po czym otwarły się całkowicie. Uchiha odetchnął z ulgą
- Sakura..
- Sasuke-kun- jego uwadze nie umknęło to,że znów dodawała –kun do jego imienia. To jednak pewnie przez osłabienie, sama nie za bardzo wie co mówi, nie wierzył,że może chodzić o coś innego.

- Tak to ja- odszepnął głaskając ją po policzku- już dobrze, jesteś bezpieczna. Kobieta podniosła się gwałtownie i usiadła
- Sarada, gdzie Sarada?- spytała roztrzęsiona
- Spokojnie nic jej nie jest- mowił uspokajającym tonem- została w Wiosce pod opieką Naruto i Hinaty, jest bezpieczna
- Dzięki Bogu- odetchnęła z ulgą
- A jak ty się czujesz?- spytał gładząc ją po plecach. Przez chwile zastanowił się kogo ten gest miał uspokoić ją czy jego? Nic jednak nie mógł na to poradzić, znów czuł jej ciepło, słyszał oddech, widział twarz, która teraz patrzyła na niego troche zdezorientowana
- Nic...nic mi nie jest...a ty? Jesteś ranny...
- Przeżyje
- Gdzie on jest?
- Kto
- Mu..muteki? Czy jakoś tak
- Nie żyje
- Sakura
- Tak? O co cho...- nie zdązyła dokończyć, gdyż ku jej zaskoczeniu nagle silne ramiona ją oplotły (to nie jest błąd jak coś, w moim opowiadaniu Sasuke po wojnie ma odbydowaną rękę, tak jak Naruto), więc nie zdążyła dokończyć
- Sa..sasuke-kun?
- Sakura..tak się cieszę,że nic ci nie jest. Tak bardzo się o ciebie martwiłem...nie masz pojęcia...nie wiem co bym zrobił, gdyby coś ci się stało- poczuła jak cały drży i również go objęła
- Sasuke-kun- wyszeptała- nic mi nie jest. Dziękuje za ratunek- nie była pewna czy takie zachowanie jej przystoi, po tym co powiedziała mu ostatnio, ale nie miała siły się teraz nad tym zastanawiać, w jego ramionach czuła się tak bezpiecznie,że nie potrafiła sobie teraz tego odmówić, potrzebowała go, nie tylko teraz, zawsze go potrzebowała. Po dłuższej chwili oderwał się od niej, spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich tak wielką ulgę,że aż ścisnęło ją w piersi, nie mogła już tak dłużej
- Sasuke-kun ja wiem wszystko, rozmawiałam z Naruto. Przepraszam za to co powie...- nie zdążyła dokończyć, bo ją pocałował. To nie był zwykły pocałunek, to właśnie w nim Sasuke przekazywał jej wszystkie swoje uczucia. Odwzajemniła go z pełną mocą przelewając całą swoją miłość, tęsknotę, żal i gniew,który nagle całkowicie z niej wyleciał. Nic innego się nie liczyło, tylko to,że znowu miała go przy sobie. W tym momencie nie potrafiła sobie wyobrazić tego,że znowu miałby odejść z jej życia. Po długim czasie nie była wstanie stwierdzić jak długim, Uchiha przerwał pocałunek, odsunął się od niej i spojrzał jej w oczy
- Kocham cie Sakuro Uchiha- była w tak wielkim szoku,że przez chwile tylko gapiła się na niego, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa, po czym łzy same bez jej woli zaczęły powoli spływać po jej policzkach. Próbowała je otrzeć wierzchem dłoni, ale bezskutecznie
- Prz..przepraszam- wyszeptała szlochając- wiem,że nie  lubisz, gdy się marze, ale...ale taraz...ja ja..po prostu...nie..nie umiem ich powstrzymać
- Ciii- poszuła jak za pomocą własnych dłoni wyciera jej łzy- żaden facet nie lubi patrzeć jak kobieta, którą kocha płacze
- Sasuke-kun- powiedziała po czym spowrotem się w niego wtuliła
- Ja też cie kocham
- Czyli rozumiem,że mogę zapomnieć o rozwodzie?
- Haha tak- nie mogła w to uwierzyć Sasuke żartuje a to ci nowość, chyba faktycznie się trochę zmienił
- Haha jak zawsze robisz wszystko po swojemu, kazałam ci uciekać
- Bardzo mi przykro,ale córka powiedziała,że zaakceptuje mnie jako swojego ojca pod warunkiem,że sprowadzę jej mamę całą i zdrową, więc sama widzisz,że nie miałem wyjścia
- Ah tak..rozumiem- udała naburmuszoną, po czym wybuchnęła śmiechem. Nigdy nie przypuszczała,że jeszcze kiedyś będą się tak śmiać. Nagle coś sobie przypomniała
- Gdzie są te pnącza, które były do niego przyczepione?
- Co?
- Now wiesz...te liany. Odeszła od niego na chwile i przykucneła nad jedną z pozostałości- jeśli wezmę próbkę może uda mi się odtworzyć antidotum, dzięki któremu ich chakra spowrotem zacznie sie regenerować. To może być to czego szukałam, czego potrzebowałam- zaczęła myśleć na głos
- Pani doktor wracamy do domu, Sarada na pewno się niepokoi- zabrała kawałek liany i schowała do torby z shurikenami.


Po paru dniach byli w domu, pierwsze co zrobili po powrocie to pójście po Saradę. Weszli do holu domu Naruto, gdzie przywitała ich Hinata, wyściskała mocno Sakurę
- Dzięku Bogi,że nic ci nie jest. Sarada bardzo się martwiła, przez ostatni tydzień prawie w ogóle nie jadła, nie chodziła również do szkoły, zachowywała się jak nie ona.  Himawari i Boruto robili wszystko co w ich mocy, by ją podnieś na duchu. Musiała podsłuchać moją rozmowę z Naruto, króry opowiadał mi, o twojej misjii Sasuke i o miejscu w którym prawdopodobnie byłaś przetrzymywana. Sarada wymknęła się z domu, bo zamierzała was szukać. Na szczęście w porę zorientowaliśmy się i Naruto ją znalazł.
- Himawari bądź tak dobra i powiedz Saradzie,że jej rodzice wrócili- powiedziała do małej dziewczynki, która wyszła z pokoju najwyraźniej zainteresowana gośćmi
- Ciocia- krzyknęła i pobiegła prosto w ramiona Sakury, która uścisnęła ją mocno i wzięła na ręce
- Cześć Hamawari, słyszałam,że bardzo pomogłaś Saradzie, kiedy nas nie było
- Tak ciociu byłyśmy jak siostry
- Cieszę się,że to słyszę Słoneczko
- A kto to jest?- wskazała na Sasuke
- A to twój wujek, tata Sarady
- Wujek? Ale fajnie- zaczęła się śmiać wesoło- wujku masz takie same oczy jak Sarada i włosy też
Sakura postawiła dziewczynkę spowrotem na ziemi
- Co to za zamieszanie? –zapytał blondyn, wyglądem przypominającym Naruto schodząc na dół po schodach- o cześć ciocia
- Dzień dobry Boruto- uśmiechnęła się miło Sakura
- Ooo kogo jak tu widze, Uchiha Sasuke nie?- powiedzieł chłopak bezceremonialnie podszedł do niego bliżej i powiedział- fajnie,że w końcu wróciłeś..słuchaj mógłbyś dać mojemu tatkowi wycisk podczas walki? Odkąd został Hokage jego ego urosło do niewyobrażalnych rozmiarów, to co wujek mogę na ciebie liczyć?
- Boruto- zganiła go Hinata- nie wolno ci tak mówić o ojcu
- A co? Mylę się? Hinata nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż u szczytu schodów stanęła Sarada
- Mama?!- krzyknęła i rzuciła się pędem w ramiona rodzicielki, objęła ją mocno i zaczęła szlochać- mamo tak bardzo się martwiłam, tak się cieszę,że nic ci nie jest
- Och Skarbie już wszystko będzie dobrze- Sakura wyściskała mocno córkę. Miło było mu patrzeć na to jak obie są szczęśliwe. W tym momencie jego serce wypełniała tak wielka radość,że sam chciał ją przytulić, ale wiedział,że pewnie nie przyjmie tego z entuzjazmem, więc się powstrzymał.
- A to wszystko dzięki tacie, wiesz? To on mnie uratował- powiedziała Sakura spoglądając spod długich rzęs na niego. Po paru minutach Sarada oderwała się od mamy i stanęła przed nim z poważną miną
- No..tym razem mnie nie zawiodłeś tato- powiedziała z uśmiechem po czym przytuliła się i do niego- dziękuje ci

Minęło pół roku od rozwodu. Te piękne chwile spędzone razem z Sasuke powoli zaczynały zanikać, zupełnie tak jak podczas jego wcześniejszej nieobecności. Okazało się,że tak naprawdę nie wykonywał żadnej misji, a po prostu mieszkał sobie wraz ze swoją nową rodziną w Wiosce Kwiatu. Ożenił się z Karin już po roku czasu od opuszczenia ją i Sarady. To od ludzi dowiedziała się,że miał 2 synów trochę młodszych od Sarady-bliźniaków. Haruno nie widziała ich, ale według plotek oboje mieli czarwone jak ich matka włosy, a z wyglądu w ogóle nie przypominali ojca, dlatego też Sakura przez pewnien czas łudziła się,że może jednak nie jest to prawdą. Pewnego razu kiedy Sasuke „wyruszył na misje” podążyła za nim i w ten sposób pozbawiła się wszelkich złudzeń. Sarada przechodziła to równie ciężko jak ona. Pogorszyła swoje stopnie w szkole, zmizerniała i oświadczyła,że już nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Ale była też przynajmniej jednak dobra strona tej sytuacji.  Kakashi wybaczył jej to,że chciała wrócić do męża, twierdząc,że rozumie iż ona nigdy nie przestanie kochać Uchihy, ona natomiast uparcie zaprzeczała, mówiąc,że uczucie, którym go kiedyś obdarzyła umarło tak samo jak Uchiha Sasuke umarł dla niej. Przyjęła oświadczyny Hatake, a za nie cały miesiąc mają ślub.
- Sakura Hatake- brzmi nieźle-pomyślała.
 Planują także zamieszkać w nowym domu, który Kakashi dla nich wybudował. Jest szczęśliwa, a przynajmniej udaje. Gra weszła jej w krew tak bardzo,że czasami sama zaczyna w to wierzyć. Żal jest jej także Naruto, który bardzo zawiódł sie na człowieku, którego uważał za przyjaciela przez swoje całe życie.Okazało się bowiem,że Uchiha pojawił się parę razy w Konosze, by ukraść jakieś ważne zwoje, które potem sprzedał Wiosce Kwiatu, przez co powyższa Wioska wypowiedziała im wojnę, znając tajniki wielu technik Konohan, są za pewnie przekonani o wygranej. Naruto kontaktował się już w tej sprawie z Wielkimi Pięcioma Nacjami, którzy nie pozwolą na kolejną wojnę, będą więc starali się zdusić całą sprawę w zarodku- no tak po wkrótce wygląda teraz moje życie- powiedziała do swojego lustrzanego odbicia
- mogło być gorzej, prawda?
- Kochanie musimy już wychodzić- usłyszała wołającego ją Kakashiego
- Już idę- odkrzyknęła- jeszcze raz spojrzała w lustro, przemyciła na twarz promienny uśmiech i wyszła z łazienki.

 Wiem,że nie tego się spodziewaliście. Upewnijcie się,że przeczytacie do samego końca, uwierzcie,że warto ;)


3 miesiące później

Zanim jeszcze otworzyła oczy bała się,że to co ujrzy za chwile rozczaruje ją,że ten koszmar się nie skończy, a ona uświadomi sobie,że jej wyobrażone idealne życie pozostanie jedynie w świecie marzeń. Ze strachem otwarła oczy, ale i tym razem się nie zawiodła. Jej spojrzenie zostało uwięzione w czarnych jak noc oczach, mężczyzny leżącego obok niej
- Dzień dobry-wyszeptał i pocałował ją w czoło
- Dzień dobry-  odetchnęła z ulgą i odwzajemniła uśmiech
- Co się stało? Znowu miałaś koszmar?- Pokiwała jedynie głową, nie chcąc się wdawać w szczegóły- znowu ci się śniło,że odszedłem, prawda?- Znów kiwnięcie
- Chodź tutaj- wyciągnął do niej ramię i ułożył sobie jej głowę na swoim torsie, mocno ją przytulając
- Nigdy więcej was nie zostawie- powiedział poważnie, akcentując każde słowo
- Wiem, naprawdę wierzę ci, nie mam pojęcia dlaczego te koszmary wciąż mnie gnębią
- Będę to powtarzał tak długo,aż twoje serce też mi uwierzy- powiedział całując ją we włosy- a tak w ogóle to co słychać w pracy? Udało ci się wynaleźć antidotum?
- Tak, ten chłopiec o którym ci mówiłam wyzdrowiał już całkowicie- powiedziała z uśmiechem, przypominając sobie jak pierszy raz otworzył oczy
- A co z Kakashim?
- Rozmawiałam z nim. Powiedziałam,że wróciliśmy do siebie i przeprosiłam za to,że go zwodziłam- westchnęła- na szczęście mi wybaczył, a nawet zaczął się spotykać z jedną z pielęgniarek z oddziału. Ona od zawsze się w nim podkochiwała, wyznała mi to jakiś czas temu, kiedy dowiedziała się o naszym rozstaniu. Usłyszała pukanie do drzwi sypialni
- Proszę- powiedziała. Dzrzwi otworzyły się i weszła Sarada
- Co? Wy jeszcze nie ubrani? Przecież obiecaliście,że będziecie ze mną dzisiaj trenować, oboje-podkreśliła patrząc to na jedno to na drugie
- Już wstajemy-powiedzieli równocześnie- Sasuke przyglądał się tej zwyczajnej codziennej scence z uśmiechem na twarzy i pomyślał- wreszcie odzyskałem rodzinę.


Koniec, mam nadzieję,że opowiadanie Wam się podobało, przepraszam,że tak długo zwlekałam z zakończeniem, ale byłam na wyjeździe, gdzie nie miałam dostępu do internetu..ahh te wakacje ;)
- pozdrawiam
- Lu-chan <3 br="">

sobota, 25 czerwca 2016

09- Już nigdy Cię nie zostawię (Sasusaku) rozdział 7

                                                  Paring: Sasusaku
                                                  A/M: Naruto
                                                  Dozwolone: 16 lat

Obudziła się cała zdyszana. Zdezorientowana rozejrzała się po popokoju, ale jedyne co mogła zobaczyć to ciemność. Zaświeciła lampkę stojącą na szafce nocnej i spojrzała na drugą stronę łóżka, ale było puste. Była sama
- Uffff to był tylko sen- odetchnęłą głęboko. Nagle uświadomiła sobie, że tak naprawdę wolałaby się nie obudzić, nadal śnić. Ten sen to było wszystko o czym zawsze marzyła. To właśnie tak miało wyglądać jej życie. Był taki czas, kiedy prawie wyglądało. Co prawda była jedna ważna różnica, a mianowicie Sasuke nie był w stosunku do niej tak czuły, a tym bardziej nie bywał zazdrosny.

Wstała z łóżka i poszła do kuchni. Nalała sobie wody i upiła parę łyków. Wiedziała, że tej nocy już nie uda jej się zasnąć. Była zagubiona, bo z jednej strony chciałaby kontynuować ten piękny sen, lecz z drugiej wiedziała, że nie przyniesie jej to nic więcej, po za bólem, bo w ogólnym rozrachunku jej życie nigdy nie będzie wyglądało w ten sposób. Po za tym miała wyrzuty sumienia. Kakashi wyznał jej miłość, a ona nie mogła robić nic poza rozmyślaniem o byłym. Usiadła przy biurku i zabrała się za przeglądanie teczek z wynikami pacjentów. W takich sytuacjach było najlepiej uciekać w pracę, co prawda pomagało to tylko chwilowo, ale to zawsze coś.

Było kilka przypadków których nie rozumiała. Objawy paru shinobi były identyczne. Zostało w nich tak mało energii...tak mało życia. Ich chakra niemal zniknęła w całości, w dodatku regenerowała się bardzo wolno, albo u niektórych wcale. Sakura przebadała ich bardzo dokładnie. Nie znalazła żadnych przeklętych pieczęci ani innych znaków, które mogłyby świadczyć o tym co ich spotkało. Do tej pory nie spotkała się z czymś takim, ani w życiu, ani w ogóle. Przeczytała mnóstwo poradników, encyklopedii medycznych, ale nigdzie nie znalazła nawet śladu czegoś co mogłoby jej pomóc. Najbardziej jednak martwiła się o 15-letniego chłopca. Ilość chakry, która mu pozotała wskazywała na nie więcej niż tydzień życia i to w najlepszym przypadku. Sakura nie mogła się nadziwić jak można wysyłać tak młodego chłopca na tak niebezpieczną misję. Jako, że jest jeszcze dzieckiem posiada dużo mniej zapasów chakry w porównianiu ze starszymi kolegami, dlatego to właśnie jego życie wisi na włosku. Haruno nie zamierzała zostawić tego w ten sposób .Uratowanie tego dziecka stało się niemal jej życiową misją. Był przecież zaledwie kilka lat starszy od jej córki. Nie mogła pozwolić mu umrzeć. Miała także zamiar z samego rana pójść do biura hokage i dać mu ostro do wiwatu za decyzję, którą podjął.
Myśl o uratowaniu rannych na jakiś czas odgoniła myśli o ukochanym. Kobieta siedziała nad wynikami badań do samego rana. Kiedy zobaczyła, że już 7:00, zrobiła Saradzie śniadanie, sama zjadła niewiele, wzięła ze sobą teczki i wyszła z domu.

Za 15 minut stała już pod drzwiami gabinetu hokage. Zapukała i usłyszała
- Prosze- weszła do środka, z całych sił próbując się opanować, gdyż w pomieszczeniu był jeszcze Shikamaru. Nie zamierzała urządzać sceny przy nim.
- Cześć- wyrzuciła na twarz „swój” uśmiech- czy możemy porozmawiać?- zwróciła się do blondyna- na osobności- dodała
- Jasne Sakura-cha..Sakura- nie rozumiała tego czemu się zawahał, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Shikamaru wyszedł i po chwili zostali sami.
- Usiądź- wskazał krzesło na przeciwko siebie. Zrobiła to o co prosił. Wzięła głęboki oddech i zaczęła
- Słuchaj Naruto ujmę to tak delikatnie jak tylko potrafie
- Ok, słucham, coś się stało?
- Czy ty już do reszty zgłupiałeś?!!! Jak mogłeś wysłać dziecko na tak niebezpieczną misje?!!!
- Co? O czym ty mówisz?
- O tym- otworzyła wyniki badań chłopca i pokazała Uzumakiemu- Naruto przez chwile przeglądał zawartość
- Co mu się stało?- w końcu spytał
- Też chciałabym wiedzieć. On nie jest jedyną ofiarą, są inni ranni, ale tylko jego życiu zagraża niebezpieczeństwo. Jak mogłeś na to pozwolić?
- Sakura, posłuchaj ja przysiegam ci, że nic o tym nie wiedziałem. Ten dzieciak został wysłany na zupełnie inną misje rangi C, spójrz- wzkazał na jakąś kartkę- Czy ty naprawdę masz mnie za takiego idiotę? Myślisz, że bym na to pozwolił?
- Masz racje, przepraszam za to, że się uniosłam, ale...po prostu myślałam...nieważne nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać
- W porządku, rozumiem twoje zdenerwowanie. Sam chciałbym wiedzieć co ich spotkało
- Ale jak to się w ogóle stało? Co on tam robił?
- Zgaduje, że śledził brata
- Co?
- Właśnie na tą misję, w dodatku rangi S.Widzisz dostałem pewny namiar od Sasuke i...- zamilkł zrozumiawszy co powiedział
- Co powiedziałeś? Od Sasuke?
- A więc zgaduje, że jednak ci nie powiedział
- Czego mi nie powiedział? Naruto?
- O swojej misji i o tym dlaczego nie wracał przez tak długi czas
- Co? Ale przecież pytałam cie pamietasz? Nie jeden raz cie pytałam, mówiłeś, że nie dałeś mu takiej misji, że to miała być krótka misja rozpoznawcza
- Bo nią była..przynajmniej na początku, ale pojawiły się pewne komplikacje
- Komplikacje?!
- Sakura, posłuchaj...nie jestem pewny czy to ja powinienem ci o tym mówić...Sasuke powinien był to zrobić, ale znając ciebie nawet nie dopuściłaś go do słowa, mam racje?
- Co powinien był mi powiedzieć?
- Powód dla którego nie wrócił
Sakura słuchała wszystkiego bardzo uważnie. Dokładnie analizując każde słowo przyjaciela. Z jednej strony nie mogła wierzyć własnym uszom, ale z drugiej to tłumaczyło wszystko. Dlaczego nie wrócił i się nie odzywał, nie dawał nawet znaku życia. On ich chronił..przez ten cały czas.
- Chcesz mi powiedzieć, że mój mąż którego trywialnie mówiąc wykopałam z domu, przez te wszystkie lata ochraniał Saradę i mnie? To dlatego nie wracał?
- Tak, dokładnie to mówie
- Ale nie..to niemożliwe...to by znaczyło, że....
- Nie porzucił rodziny- dokończył za nią
Różowowłosa była w tak wielkim szoku, że nic więcej nie powiedziała. Wyszła z gabinetu bez słowa i poszła do pracy.Przez cały dzień była jakby nieobecna. Cały czas usiłowała przetrawić to co powiedział jej Naruto. Wszystko robiła automatycznie, bez udziału myśli, które były zajęte czymś zupełnie innym. Przed wyjściem ze szpitala, zajrzała jeszcze do chłopca. Upewniła się co do tego czego obawiała się najbardziej. Od wczorajszego dnia jego chakra nie zregenerowała się ani trochę. Haruno przekazała mu trochę swojej, aby podtrzymać go przy życiu.Nauczyła się tej techniki już jakiś czas temu. Działała na tej samej zasadzie jak technika, której używał Naruto, by przekazywać innym chakre Kiubiego.
Kiedy wyszła z budynku cały czas rozmyślała nad tym co powiedział jej Uzumaki. Próbowała jakoś połączyć te informacje
- Naruto powiedział, że wysłał ich w miejsce, które wskazał Sasuke. To by znaczyło, że być może on będzie wiedział co im się stało...ehhh to kelejny powód dla którego muszę z nim porozmawiać. Nagle dotarł do niej męski głos, z niedużej odległości
- Masz na myśli Uchiha Sasuke?- rozejrzała się, ale nie zobaczyła nikogo. Było późno i ciemno, a na ulicach ani żywego ducha.
- Kim jesteś?
- Hahaha- usłyszała okropny, mroczny chichot- to nie ważne kim ja jestem, większe znaczenie ma to kim ty jesteś- zobaczyła wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę 2 metry przez sobą. Pojawił się znikąd
- Czego chcesz?
- Ciebie- po powiedzeniu tego, rzucił się na nią. Walka nie trwała długo, kobieta nie miała z nim szans, przekazując swoją chakre chłopcu pozbawiła się jakichkolwiek szans na wygraną. Nagle poczuła silne uderzenie w tył głowy, zanim jeszcze upadła, ogarnęła ją ciemność.

Obudziło go głośne pukanie do drzwi, podniosł się z łóżka i spojrzał na budzik- serio? Dopiero 5? Kto może mnie nachodzić o tak nieludzkiej porze?- I za nim zdążył się nad tym głębiej zastanowić odpowiedź pojawiła się automatycznie- no jasne, Naruto, a któżby inny- kiedy otworzył drzwi momentalnie go zamurowało, ponieważ zamiast wysokiego blondyna o głupkowatym wyrazie twarzy wołającego –„ Jeszcze  śpisz Sasuke?”- ujrzał czarnowłosą dziewczynkę z zaniepokojonym spojrzeniem, a żeby tego było mało nie był nią nikt inny jak jego córka
- Sa..sarada? Co ty tutaj robisz?- przemyśkawszy to dodał- to znaczy o tej porze.
- Nareczcie! Rany ile czasu może trwać podejście do drzwi i ich otwarcie?!- krzyknęła po czym szybkim krokiem weszła do środka. Jej spojrzenie szybko przesunęło się po całym pomieszczeniu, przez chwile zatrzymując na rozkopanym łóżku
- Aha..no i wszystko jasne, jak możesz jeszcze spać o tej godzinie?!  I ty śmiesz siebie nazywać ninją?!

Sasuke tylko tak stał i wysłuchiwał kazania. Nigdy by nawet nie pomyślał,że ktokolwiek mogłby odezwać się do niego w ten sposób. Najwyraźniej za bardzo przywykł do tego,że miał wśród ludzi powrzechny szacunek i wszyscy uważali,że to co on robi jest idealne. A teraz nie wierzył własnym uszom. Czuł się jak dziecko, które dostaje reprymendę od rodzica-Role kompletnie się odwróciły, co za paradoks- pomyślał- doszło do tego, że mam zamiar się przed nią tłumaczyć, tylko ciekawe jak? Jak mam wyjaśnić własnej córce, że nie spałem praktycznie przez całą noc przez koszmary dotyczące przyszłego związku jej matki i Kakashiego? Wbrew temu co ona myśli wcale nie przyjąłem tak lekko wyrzucenia z domu i wiadomości o rozwodzie.
- Sarada powiedz o co chodzi? Nigdy nie przyszłabyś do mnie o tej porze, gdyby to nie było coś poważnego.
- Masz racje...chodzi o mamę
- Co?- czerwona lampka natychmiast mu się zaświeciła. W jednej sekundzie wszystkie komórki jego ciała były w gotowości- co się stało z mamą?
- No właśnie sama chciałabym wiedzieć...a przypadkiem nie ma jej tutaj? Bo widzisz nie wróciła na noc do domu, a jej się to nigdy nie zdarza- Pierwsza myśl jaka mu przyszła do głowy to pewnie,że jest o Kakashiego, a jego entuzjazm momentalnie spadł poniżej zera.
- To może jest u...- te słowa nie mogły mu przejść przez gardło
- U swojego nowego chłopaka?- dokończyła za niego- co prawa tego jeszcze nie sprawdzałam,ale wydaje mi się to wyjątkowo mało prawdopodobne, bo nawet gdyby mama chciała u niego nocować to na pewno by mi o tym powiedziała. Zawsze, kiedy wychodziła na dłużej to informowała mnie o tym, abym nie musiała się martwić.
- Robiła tak zawsze, kiedy nie wracała na noc do domu?- wyrwało mu się
- Co? Co masz na myśli mówiąc to? Mama zawsze wraca do domu na noc, no chyba,że akurat ma nocną zmianę, ale nawet wtedy zawsze mi o tym mówi.
- Zawsze wracała na noc do domu?- chciał się upewnić
- No przecież mówię...ehh dlatego naprawdę się martwię- ZAWSZE spędzała noc w domu, a to znaczy,że nigdy u niego nie nocowała, jak u nikogo innego pod moją nieobecność. Co prawda nie mogę wykluczyć tego,że ktoś nocował u nas- mimo tego podejrzenia szczerze w to wątpił, nagle nieopisana ulga „zalała” jego ciało.
- Ale po czym poznałaś,że nie było jej na noc w domu? Przecież równie dobrze mogła wrócić bardzo późno, kiedy już spałaś i wyjść do pracy wcześnie rano.
- Nie tak na pewno nie było jej sypialnia jest w nienaruszonym stanie, szlafrok nie wisi na krześle,a na biurku nie ma żadnych szkanek- kiedy zobaczyła jego pytające spojrzenie wyjaśniła- widzisz mama ogólnie mało śpi i dużo pracuje, nawet w nocy. A kiedy to robi zawiesza na oparciu krzesła stojącego przy biurku swój szlafrok, który wcześniej założyła by pójśc do kuchni po szklankę wody. Później zamyka się w pokoju i zajmuje sprawami swoich pacjentów popijając wodę, oczywiście zawiesza szlarok na krześle, a kiedy wychodzi wcześnie rano do pracy to się spieszy, więc zostawia rzeczy tak jak były i wychodzi. Tym bardziej, że zawsze się zasiedzi nad kartotekami.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Jak to skąd?!- obruszyła się- co to za głupie pytanie?! Jak mogę tego nie wiedzieć? Przecież to jest moja mama! To oczywiste,że się o nia martwię, kiedy nie może spać w nocy,prawda? Tak jest od...od kiedy pamiętam. Nie jeden raz siedziałam przy uchylonych drzwiach jej pokoju
- Przez całą noc?
- Tak a co?! Masz z tym jakiś problem?! Byłam jedyną osobą, która się o nią martwiła, bo kogoś innego wywiało, już zapomniałeś?!
- Sarada...
- Przepraszam..wiem,że nie powinnam na ciebie krzyczeć,nawet nie wiem czemu wyżywam się na tobie...ale tak bardzo się o nią martwię- kilka łez popłynęło po jej policzkach, płakała, ta zawsze silna dziewczynka, która nie miała żadnych słabości, która zawsze ukrywała swoje prawdziwe uczucia za maską spokoju..płakała- Uchiha nie miał pojęcia jak zareagować, jedyne kobiece łzy jakie widział to te Sakury w dzieciństwie tyle,że wtedy ona płakała z byle powodu, a jego to irytowało. Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, a on nie chciał by ta mała istotka wypłakiwała oczy. Położył dłoń na jej głowie, to miała być swego rodzaju forma pocieszenia. Ona podniosła główkę i spojrzała na niego
- Nie martw się, na pewno ją sprowdze całą i zdrową, masz na to moje słowo- powiedział pewnym i poważnym głosem patrząc prosto w jej oczy
- Twoje słowo....a jak wiele ono znaczy?- zaczęła trochę się drocząc, jednak widząc jego wyraz twarzy natychmiast spoważniała- dobrze w takim razie oddaję ją w twoje ręce nie zawiedź mnie- tato- pomyślała,lecz nie wypowiedziała tego na głos. W tym momencie postanowiła,że kiedy uda mu się ją uratować to wtedy uzna go jako swojego ojca.