Pokazywanie postów oznaczonych etykietą caroline forbes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą caroline forbes. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

16- Miłość uleczy wszystko (Klaroline)- To serio NIE Jego wina?!


TERAZ
- A więc tak jak myślałam. Zasłużyłeś sobie na to, powiedziałam pół żartem, gdyż w rzeczywistości uświadomiłam sobie, że o dziwo tym razem cała ta sytuacja nie powstała z winy Klausa i on faktycznie jest tu ofiarą.
- Naprawdę tylko tyle masz do powiedzenia? Usłyszałam w jego tonie nutę rozbawienia, ale przede wszystkim zaskoczenie.
- Cóż mogę więcej powiedzieć? Rozgniewałeś czarownicę, z którą za nic nie powinieneś zadzierać. Postaw się też na jej miejscu. Straciła matkę. To oczywiste, że się wkurzyła. Gdyby ktoś ośmielił się skrzywdzić moją to sam wiesz, że winowajca z pewnością by tego pożałował.
- Tak, z pewnością
- Jedna rzecz w całej tej historii mi nie pasuje. Skoro ta cała Misteria czy jak jej tam było nienawidzi istot nadprzyrodzonych to dlaczego uwzięła się tylko na wampiry?
- Też mnie to zastanawiało, więc poprosiłem Elijah, by to sprawdził. Okazuje się, że w dzieciństwie rodziców tej wiedźmy zabiły wampiry. Napadły na jej wioskę. Sama ledwo uszła z życiem. Biedaczka widocznie nabawiła się traumy.
- No co ty nie powiesz- żachnęłam się. Jak on może być tak nieczuły? Wiem doskonale, że z rodziną pierwotnych sama sobie nagrabiła, ale mimo wszystko musiała sporo przejść. To zmienia ludzi. Kathrine jest tego najlepszym przykładem. Kiedy to Klaus zabił jej rodziców ona również wówczas się zmieniła.
- Dlaczego mam wrażenie, że trzymasz jej stronę? Zapytał mnie, bardziej poważnie, niż chyba zamierzał, co sprawiło, że przez chwilę się nad tym zastanowiłam.
- Nie trzymam niczyjej strony. Po prostu staram się popatrzeć na tę sytuację obiektywnie z obydwu stron, a nie tylko tej, której znam wersję.
- No tak, Caroline Forbes i jej wrodzony obiektywizm- zadrwił
- Ej! Co to miało znaczyć?
- Ooo nic Kochana.
No nie! Teraz już muszę wiedzieć. Wstałam w wampirzym tempie, podeszłam do brzegu łóżka i „zawisłam" nad nim.
- Powiedz. On tylko roześmiał się, po czym uniósł ręce w poddańczym geście.
- Jak sama przed chwilą powiedziałaś. Obiektywizm polega na tym, aby spojrzeć na daną sytuacje z innej, niż tylko swojej perspektywy. Ty natomiast jak już raz ocenisz kogoś źle, to później tej osobie bardzo trudno jest zrehabilitować się w twoich oczach. Nawet jeśli potem będzie postępował moralnie i właściwie ty wciąż będziesz twierdziła, że źle postępuje.
- A co to ma do rzeczy?! Wkurzyłam się. Co to miało znaczyć?! Od kiedy ja robię coś takiego?! Co on sobie wyobraża?!
- Nie trzeba daleko szukać. Weźmy chociażby takiego Damona. Słyszałem, że zranił cię jeszcze jako człowieka. Czego do dzisiaj mu nie wybaczyłaś i o ile mi wiadomo nie masz zamiaru.
- Bo to jest DAMON! I to nie dlatego nie mam do niego zaufania. Po prostu uważam, że nie jest odpowiednim kandydatem na chłopaka dla mojej przyjaciółki, to wszystko! Nie widzę w tym nic złego.
- A ja?
- Co ty? Warknęłam
- Twierdzisz, że mnie również nie oceniasz na podstawie zdania swoich przyjaciół?
- Nie muszę się sugerować ich opinią. Mam własny rozum- powiedziałam po czym wróciłam na łóżko, z tym, że tym razem się na nim położyłam nie zważając na „gościa". Zapadła dłuższa cisza, a ja jeszcze raz rozglądając się po pokoju zadałam sobie pytanie, które tak naprawdę nie było skierowane do mnie.
- Kiedy urządzałeś ten pokój? Pytanie wyraźnie go zaskoczyło, bo obrócił się w moją stronę, po czym zaczął zastanawiać nad odpowiedzią.
- Myślę, że zaraz po tym jak skończyłem urządzać własny.
- COOO?!! Jak już wtedy mogłeś wiedzieć, że kiedykolwiek tu przyjadę?
- Po prostu wiedziałem, odpowiedział z aroganckim uśmiechem.
- Albo celowo mnie tu ściągnąłeś pod byle jakim pretekstem.
- Zagrożenie życia to według ciebie byle jaki pretekst? Ale pomyślmy. Tak, masz rację. To było wszystko ukartowane. Najpierw odnalazłem wiedźmę, która mogła zmienić zwykłe wilkołaki w mutanty i upewniłem się, że ma równie potężną co ona sama córkę- zaczął wymieniać na palcach- potem napuściłem stado wilków najpierw na swoich ludzi, a później na Kola i udawałem, że nie mam o niczym pojęcia, kiedy przyszedł mi o tym powiedzieć. Zabiłem czarownicę, którą wcześniej sam znalazłem, czym CELOWO sprowokowałem jej córkę do rzucenia na mnie klątwy tylko po to, aby Elijah mógł do ciebie zadzwonić z informacją, że jestem w niebezpieczeństwie. Jak tak tego słuchałam zaczęłam się śmiać. Faktycznie brzmiało to niedorzecznie. Oczywiście wcześniej żartowałam mówiąc, że Klaus wszystko ukartował.
- Ale żałuje, że nie wpadłem na to wcześniej. Gdybym wiedział, iż wystarczyło jedynie odfajkować punkty z wcześniejszej listy, przez co samemu" znaleźć się nad grobem" już dawno bym to zrobił, gdybym wiedział, że wtedy przyjedziesz. Koniec końców było warto, powiedział uśmiechając się do mnie tak jak tylko Klaus to potrafi.
- Cały czas twierdzę, że powinniśmy zamknąć cię w lochu, powiedziałam lekkim tonem, chcąc zmienić temat, jednak zauważyłam, że hybryda dziwnie na mnie patrzył.
- Co tak patrzysz? Słysząc to pytanie uśmiechnął się
- Powiedziałaś POWINNIŚMY, innymi słowy chcesz wziąć w tym udział. A to oznacza, że zaangażowałaś się w to bardziej, niż byś chciała.
- Pff...marzyciel. Chociaż przyznaję, że takiej pokusie ciężko się oprzeć. Kiedy już tego dokonam będę mogła wrócić do swojego życia.
- Masz na myśli swojego wilczka? Niemożliwe. Czyżby wiedział? Ale skąd?
- Między innymi tak.
- Hmm..to bardzo ciekawe, bo według moich doniesień wynika, ze żaden Tyler Lockwood nie studiuje w Whitmore Colege, powiedział znów się uśmiechając tym razem, złośliwie.
- W takim razie twoje sługi mają nieaktualne dane. Faktycznie Tyler miał zaczął nieco później od pozostałych na roku. No co? Powiedziałam MIAŁ ZACZĄŁ, a nie że ZACZĄŁ. Właściwie nawet nie skłamałam.
- Skoro tak mówisz, posłał mi swój „firmowy" uśmieszek, po czym wreszcie wstał z mojego łóżka i zaczął kierować się do wyjścia.
- Gdybyś zgłodniała to w kuchni w lodówce masz cały zapas woreczków z krwią od 0 Rh- do 0 Rh +, chociaż o ile pamięć mnie nie myli najbardziej lubisz A Rh +, leży na najwyższej półce, powiedział na odchodnym po czym zamknął za sobą drzwi.
- Ehh..nareszcie sama, westchnęłam. Byłam bardziej zmęczona, niż przypuszczałam na początku. Sprawdziłam telefon, ale nie miałam żadnych nowych wiadomości. Zjadłam późną „kolację", po czym szybko się rozpakowałam. Wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam do łazienki. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ona również była odwzorowana z najdrobniejszymi detalami. Kiedy Klaus miał okazję buszować mi po łazience? Coś czułam, że nie chce znać odpowiedzi na to pytanie. Po szybkim odświeżeniu, poszłam spać.
Oxford
Otworzyła oczy i przeciągnęła się ziewając. Nie chciało jej się wstawać. Wczorajszej nocy wróciła dosyć późno z imprezy i w ogóle się nie wyspała. Najwyraźniej nawet wampiry odczuwają czasami skutki zmęczenia, jeśli nie „zażyją" odpowiedniej dawki snu przez tydzień czasu. Wczoraj może i faktycznie zabalowała, lecz w poprzednie noce ślęczała nad książkami, przez nie jeden raz nie zmrużyła nawet oka. Spojrzała na łóżko stojące obok. Bonnie jeszcze smacznie spała, więc Elena postanowiła jej nie budzić. W końcu z jej ocenami jak nie pójdzie na jedne wykłady to nic się nie stanie. Szkoda, że nie mogła powiedzieć tego samego o sobie. W sumie to mogłaby „wpłynąć" na wykładowców, aby dali jej zaliczenie, Damon nawet proponował, iż ją w tym z przyjemnością wyręczy, jeśli to by znaczyło, iż będzie spędzała noce w jego towarzystwie, a nie książek, jednak brunetka odmówiła. Zawarły z Caroline układ, że nie będą korzystały ze swoich mocy, o ile to nie będzie konieczne. A zaliczenie z mikrobiologii chyba średnio zalicza się do spraw „życia i śmierci". A pro po gdzie jest Caroline?- pomyślała.
Jeszcze wstając zauważyła, iż blondynki już dawno nie ma w łóżku. Może znów poszła biegać? Ale coś tu nie grało, bo jej rzeczy z szafki nocnej zniknęły. Elena wstała i podeszła do mebla. Zobaczyła, że leży tam kartka zaadresowana to niej i Bonnie. Podniosła ją i zaczęła czytać.
Dziewczyny wybaczcie, że nie powiedziałam Wam wczoraj, ale tak świetnie się bawiłyście, iż nie chciałam psuć Wam nastrojów. Dzwoniła moja mama. Powiedziała, że strasznie się przeziębiła i prosiła, abym przyjechała zrobić jej chociaż jakieś zakupy i tak ogólnie pomóc. Po za tym i tak planowałam ją odwiedzić, ponieważ strasznie się za Nią stęskniłam. Myślę, że odpuszczę sobie egzaminy w tym tygodniu, ale spokojnie nie mam zamiaru osiąść na laurach. Zabrałam książki ze sobą. Sądzę, że za kilka dni mama dojdzie do siebie, ale na wszelki wypadek mam zamiar zostać przez jakiś tydzień. Powiadomiłam już o tym rektora. Do zobaczenia. Mam nadzieję, że nie umrzecie z tęsknoty ;p.
                                                                                                                                                                         Caroline
Elena stwierdziła, że to trochę dziwne, iż matka Caroline wezwała ją z powodu zwyczajnego wirusa. Przeszło jej przez myśl, że musiało chodzić o coś innego. Znała panią szeryf od dziecka i wiedziała, że akurat ona potrafiła przyjść do pracy nawet z trzydziestoma dziewięcioma stopniami gorączki. Ale nie miała zamiaru zagłębiać się w prawdziwe powody wyjazdu blondynki. W końcu to nie jej sprawa. Jeśli Care będzie chciała im potem wszystko opowiedzieć to sama to zrobi.
Z tą myślą zabrała swoje rzeczy i poszła pod prysznic na korytarzu, aby nie obudzić jeszcze śpiącej przyjaciółki. Po powrocie wzięła torbę z książkami i poszła na zajęcia.
Nowy Orlean
Kiedy się obudziłam pierwsze co zarejestrowałam to fakt jak bardzo jest mi wygodnie. Naprawdę! Najchętniej cały dzień przeleżałabym w łóżku, ale wiedziałam, że nie mogę. W końcu uratowanie populacji Nowego Orleanu zależało teraz ode mnie. A od czegoś takiego nie można przecież wziąć dnia wolnego.
Szybko wstałam i poszłam pod prysznic. Wciąż nie mogłam się nadziwić jak to miejsce przypomina mój dawny dom. Choć niechętnie musiałam przyznać, że Klaus naprawdę się postarał. Widocznie zależało mu na tym, abym czuła się u niego jak u siebie. Cóż, skoro tak stawia sprawę postanowiłam nie krępować się tym, że obecnie przebywam w jakimś pałacu i spróbować zachowywać jak najbardziej normalnie. Po szybkim odświeżeniu sprawdziłam telefon. Przeczytałam krótką wiadomość od Eleny.
Mam nadzieję, że Twoja mama szybko poczuje się lepiej Care. Pozdrów Ją od Nas i wracaj szybko :*.
Po przeczytaniu sms'a w drodze na dół dopadły mnie wyrzuty sumienia. Naprawdę nienawidzę kłamać, a już zwłaszcza okłamywanie najbliższych uważam za wyjątkowo paskudne. Próbowałam sobie wmówić, że robię to dla dobra nas wszystkich, ale coraz ciężej było mi przekonać samą siebie.
W salonie nie natknęłam się na nikogo. Pewnie jeszcze siedzą w swoich pokojach, pomyślałam. Jak dla mnie to dobrze. Jakoś nie wyobrażałam sobie „śniadania" w towarzystwie pierwotnych. Weszłam do kuchni i podeszłam do lodówki. Przypomniałam sobie, że Klaus mówił, iż moja ulubiona krew jest na najwyższej półce. Znalazłam ją bez trudu. Nie pytajcie mnie dlaczego to ją lubię najbardziej. Z resztą ciężko byłoby wyjaśnić Wam ludziom różnicę w smaku tego bordowego płynu. Ale tu chodzi o niuanse. Według mnie taka krew jest najbardziej słodka. Co neutralizuje ten metaliczny posmak.
 Po opróżnieniu 2 woreczków poczułam się syta. Spojrzałam na zegar wiszący nad przejściem. Było pięć po siódmej, więc jak na mnie i tak pospałam trochę dłużej. Wątpiłam jednak w to, że rodzina pierwszych okaże się "rannymi ptaszkami", więc powinnam mieć jeszcze klika godzin spokoju. Nie wiedziałam za bardzo czym się zająć. Oczywiście mogłabym wrócić do „siebie" i trochę pouczyć, ale naprawdę kusiło mnie wyjście na zewnątrz. W końcu wczoraj nie miałam za bardzo okazji pozwiedzać miasta. A w Nowym Orleanie jest tak wiele rzeczy wartych zobaczenia. Nie zastanawiając się nad tym dłużej wyszłam z budynku, po czym skierowałam się na stację tramwajową. 

Czy Wy także podzielacie zdanie Care, że tym razem o dziwo Klaus nie zawinił? Caroline postanowiła jednak pomóc rodzinie Mikaelsonów, ale na jak długo zostanie? Czy uda Jej się wymyślić jakiś sposób nie uwzględniający zamykanie blondyna w lochu? 

16- Miłość uleczy wszystko (Klaroline)- Jesteś zupełnie sam!


TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ
Siedziałem w salonie i popijałem bourbon, kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Już po chwili ujrzałem mojego młodszego brata, który nie prezentował się najlepiej, zważywszy na to, iż wrócił z randki. Był cały we krwi, w większości nie swojej, ubranie w strzępach, wyglądał zupełnie tak jak po ataku stada..
- Wilkołaki- mruknąłem
- Nie ciężko się domyślić. Zaatakowały mnie na obrzeżach miasta! To zdecydowanie łamie nasz pakt.
- A ty? Co tym razem im zrobiłeś?- spytałem nieprzejęty
- Żartujesz?! Twój młodszy brat wygląda jak po ataku rozwścieczonych bestii, z kłami ostrymi jak brzytwy! Ledwo wyszedł z tego żywy, a ty pytasz co JA zrobiłem tym bestiom?- zapytał nie dowierzając
- Miały przy sobie sztylet z popiołem z białego dębu? Raczej w to wątpię, więc czym się przejmujesz? Przecież zabić cię nie mogły. Kol zaczął się śmiać, po czym usiadł na sofie naprzeciwko mnie. Nalał sobie alkoholu, po czym opróżnił szklankę do dna.
- Plusy bycia nieśmiertelnym. Kazałem pieskom aportować. Ostatnio jak byłem u Soni to zwinąłem im jakąś niezwykle cenną pamiątkę.
- A ona co? Znowu uczy się do jakiejś roli i kazała ci się zaangażować?
- Moja gra aktorska naprawdę jest, aż tak słaba braciszku? Zostawiłem to bez komentarza. Od momentu w którym zaczął spotykać się z tą dziewczyną ćwiczył na nas swoje „sztuczki" aktorskie. Nie trudno zgadnąć, że tym razem Sonia przygotowuje się do castingu do jakiegoś horroru. To jeszcze nic. Jak sobie przypomnę, gdy miała grać w jakimś tanim romansidle to mój brat zaczął „zarywać" do własnej siostry. Niestety biedna Rebekah przez to, że zazwyczaj cierpi na brak zainteresowania nią przez płeć przeciwną zaczęła podejrzewać Kola o zapędy kazirodcze. Elijah i ja mieliśmy wtedy niezły ubaw.
- W każdym razie nie do końca ściemniałem z tym atakiem. To prawda, że kiedy poszedłem na bagna, a oni zorientowali się, że mam coś co należy do nich to pobawiliśmy się trochę w berka. Ale te strzępy na ubraniach- wskazał na ubiór są sprawką innego stada wilkołaków, które właściwie pierwszy raz widziałem na oczy. Musiały przenieść się tu niedawno. Mieszkają na drugim końcu mokradeł. Gadałem z Marcusem. Okazuję się, że te ich wilczki likwidują naszych. Mają jakieś specjalne zdolności, bo przewodzi nimi wiedźma, która nazywa się Mistria, czy jakoś tak
- Misteria?- poprawił go Elijah który zszedł na dół- Hm...słyszałem o niej.
- To wiedźma, która używa czarnej magii, ale zaginęła ładnych parę wieków temu. Byłem pewny, że nie żyje. Słuch po niej zaginął po tym jak z jakieś 200 lat temu stoczyła zażartą walkę z wampirami. Cały jej sabat został wówczas wybity.
- Ale czego chce teraz?
- Słyszałem pogłoski, że pomimo tego, iż sama nie jest w pełni człowiekiem od zawsze nienawidziła istot nadprzyrodzonych. W dodatku chodzą słuchy, że nie była do końca w pełni władz umysłowych.
- Wiedźma wariatka, też mi nowość. Jakby zdarzało się to po raz pierwszy- stwierdził Kol z sarkazmem.
- Skoro tak nienawidzi istot nadprzyrodzonych to czemu sprzymierzyła się z wilkołakami? – spytałem braci
- Bo jak by na to nie patrzeć, wilkołaki to wciąż ludzie przez większość czasu. Po za tym to z naszą rasą miała jakieś zatargi w przeszłości- wyjaśnił najstarszy Mikaelson. Odstawiłem szklankę na stół i spojrzałem po twarzach braci
- Nie wiem jak wam, ale mnie się wydaję, że nowa rodzina wilczków właśnie wypowiedziała nam wojnę. Dobrze, bo już zaczynało robić się nudno- powiedziałem uśmiechając się arogancko. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia co mnie czeka.
TEGO SAMEGO DNIA. KILKA GODZIN PÓŹNIEJ
- Nie rozumiem dlaczego nie mogli wybrać sobie przyjemniejszego miejsca na zawiązywanie rozejmu tylko cmentarz, narzekała blondynka.
- Wcale nie musiałaś iść z nami droga siostro, powiedział Kol
- I pozwolić wam zajmować się takimi sprawami jak nawiązywanie porozumienia ze stadem zmutowanych wilkołaków? Bez szans. Jeszcze byście coś palnęli i byłoby po umowie
- Przypomnijcie mi jeszcze raz dlaczego właściwie mamy się z nimi godzić? Przecież nam nic nie zrobią- stwierdziłem
- Marcus twierdzi, że w ostatniej potyczce stracił za dużo ludzi. Nie stać go na to, aby tracić więcej. Te mutanty są potężniejsze, niż się spodziewaliśmy. Z resztą nawet tobie nie szło z nimi łatwo Niklaus
- Te szczeniaki zniszczyły moją ulubioną skórzaną kurtkę. Zapłacą mi za to.
 Prawdę mówiąc w ogóle nie miałem ochoty zawierać z nimi sojuszu. Rodzeństwo mnie do tego nakłoniło twierdząc, że jeśli tak to będzie trwało nadal to Nowy Orlean za bardzo na tym ucierpi. Prędzej czy później ludzie zorientowaliby się, że w mieście nie jest dłużej bezpiecznie i musielibyśmy szukać sobie innego. Sam choć niechętnie musiałem przyznać, że walka, która odbyła się zaledwie kilka godzin temu do najprostszych nie należała. Ta nowa „rasa" wilkołaków jest wyjątkowo wytrzymała i liczna, a oprócz tego potrafią się przekształcać w postać ludzką podczas trwania walki zaledwie w kilku sekund. To wszystko zasługa wiedźmy, niejakiej Misterii. Pozbyłem się więc jej, lecz te kundle żądają rekompensaty. Inaczej zaczną zabijać ludzi, innymi słowy NASZE jedzenie, nie mówiąc już o pozostałych magicznych istotach. A na to nie mogę pozwolić. Z początku sądziłem, że zabijając ją zerwę tę „więź" czy co ona tam z nimi miała i staną się tak samo potulni jak reszta znanych mi wilkołaków. Jednak przeliczyłem się. Te ich umiejętności im zostały. Wciąż nie mam pojęcia jakim sposobem, ale mam zamiar się tego dowiedzieć.
- Chyba się spóźniają-powiedziałem po czym przysiadłem na jednym z nagrobków. Usłyszałem warkoty, ale o ułamek sekundy za późno. Zostaliśmy otoczeni. To pułapka, pomyślałem. Nic dziwnego, że wybrali takie odosobnione miejsce.
- Klaus Mikaelson- dotarło do mnie, a po chwili z linii drzew wyłoniła się młoda, piękna, wysoka, szczupła dziewczyna o hebanowych gęstych lokach i tego samego koloru oczach. Zapewne nie jednemu facetowi zaparłoby dech w piersiach na jej widok, jednak ja wolę blondynki.
- We własnej osobie. Usłyszałem jak coś szepta, po czym zacząłem się unosić 2 metry nad ziemią, jak by tego było mało nie mogłem się ruszyć. Rozejrzałem się w okół. Moje rodzeństwo wciąż borykało się z Wilko-ludźmi, więc postanowiłem grać na czas.
- To tak się zachowuje, kiedy chce się zawiązać porozumienie?
- Pff...porozumienie?! Chyba kpisz. Zamordowałeś moją matkę. Zapłacisz mi za to!- powiedziała patrząc na mnie groźnie. W jej spojrzeniu było coś co sprawiło, że nawet ja ewidentnie zacząłem się jej trochę obawiać. A może to jakieś zaklęcie?
- A ty to?
- Nazywam się Casandra. Kilka godzin temu walczyliście ze stadem wilkołaków, którym przewodziła czarownica.
- Taa, coś kojarzę, prowokowałem ją. Jak się okazało nie potrzebnie. Znów usłyszałem szept, po czym niewidzialne „pole", które ograniczało mi poruszanie się jeszcze bardziej się zacisnęło w okół mnie. Postanowiłem spróbować nieco inaczej
- Twoja matka sama zaczęła z nami wojnę
- Moja matka pragnęła jedynie osiedlić się ze swoimi przyjaciółmi na obrzeżach miasta jednak z tego co słyszałam twój dobry przyjaciel zaczął nas atakować
- Ja znam nieco inną wersję wydarzeń.
- Matka była moją jedyną rodziną, a ty mi ją odebrałeś! Zapłacisz mi za to! Przekonasz się jak to jest kiedy na całym świecie nie zostaje ci nikt bliski. Nikt na kogo możesz liczyć. Nikt komu by na tobie zależało. Gdyby nie rodzina, która z tobą wytrzymuje, bo nie ma innego wyboru nie miałbyś nikogo! Byłbyś zupełnie sam! Wtedy dopiero przekonałbyś się jakie to uczucie. Kiedy już się trochę opanowała kontynuowała lodowatym, spokojnym tonem
- Tak, to będzie doskonała zemsta. Klaus Mikaelson, który przez całe stulecia odpychał od siebie wszystkich. Zabijał każdego, kto by mu podpadł nawet w najmniejszy sposób. Wyobrażasz sobie jak będziesz się czuł kiedy i oni cie opuszczą? Bo kiedyś z pewnością to zrobią.
 Zaśmiała się złowieszczo, a ja dostrzegłem błysk obłędu z jej oczach. Jak to mawiają? „ Niedaleko pada jabłko od jabłoni?" W tym przypadku zgadza się to całkowicie. Do tej pory słuchałem jej monologu, ponieważ twierdziłem, iż uda mi się uwolnić lub ewentualnie rodzeństwo przyjdzie mi z odsieczą. Udało im się już pozbyć wrogów, jednak nie potrafili się przebić przez tą niewidzialną „barierę" nieważne jak by się starali. Co to jest do cholery? Żyje na tym świecie już tak długo, a jeszcze nigdy nie spotkałem się z czymś takim.
- Ale póki co zadowolę się innym rodzajem zemsty, oblizała usta i mówiła dalej- przekonasz się na własnej skórze jak to jest kiedy droga rodzinka nie może ci pomóc w żaden sposób. Czy ktokolwiek inny postanowi ratować takiego potwora jak ty? Szczerze w to wątpię. Sam o to zadbałeś. Sam jesteś sobie winien. Przekonasz się jak to jest zatracać się, z każdym dniem, coraz to bardziej, kiedy nie możesz liczyć na pomoc nikogo. Kiedy to pokusa stanie się twoją największą słabością. Gdy stracisz kontrolę nad ciałem i umysłem. A pod czas trwania tego procesu uświadomisz sobie, że miałam rację. Bez rodziny, która jest przy tobie na każdym kroku i zawsze ci pomaga jesteś nikim! Myślisz, że komukolwiek innemu na tobie zależy? Że ktokolwiek inny ci pomoże? Zupełnie sam! Nikt ci nie pomoże! Jesteś zupełnie sam!
Occidere potest populo laborem tuum.
Tanto tu magis perdit
Aliquando enim plus esse quam in temptationem
Et oblitus posse minores minoresque
Speculum Quod tibi non vis videre,
Quae post gloriam misit te perdere tibi.
Nemo auxiliatus sum tibi, non te ipsum reprehendere non est
Extra genus non potes diligere

Tak się to kończy kiedy rozzłości się niewłaściwą osobę. Czy to będzie jakaś lekcja dla Klausa? Jak zareaguje Care kiedy pozna prawdę? Czy jej poczucie moralności zaważy na jej chęci pomocy? 

16- Miłość uleczy wszystko (Klaroline)- Mnie nie oszukasz


Nowy Orlean
- Macie tu jakieś lochy? Spytałam, chociaż wiedziałam jak to brzmi. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby mieli coś w rodzaju celi, tak jak bracia Salvatore w swoim pensjonacie. W końcu jak często któreś z tej pokręconej, pierwotnej rodzinki miało ochotę kogoś torturować? Nie miałam pojęcia. Wątpiłam jednak by robili to w salonie. Mogliby przecież poplamić swoje cenne perskie dywany krwią ofiar, a takie plamy nie schodzą łatwo. Spojrzałam po wszystkich twarzach w pomieszczeniu. Ich reakcje mnie nie zawiodły. Tak jak się spodziewałam wyglądali na rozbawionych, no może z wyjątkiem Rebekah, ta wyglądała na zirytowaną? Wściekłą? Oburzoną? Chyba wszystkiego po trochę.
- Zwariowałaś?! Kto normalny posiada w tych czasach lochy?!- Słuszna uwaga. NORMALNY...nikt.
- Nie próbuj mi tylko wmawiać, że nie macie jakiejś celi w której „przesłuchujecie" zakładników
- Mamy- odpowiedział Elijah po prostu
- Tylko mnie ciekawi co ona wymyśliła?- spytał najmłodszy z braci. Oczy mu się świeciły, a jego mina mówiła- „to będzie dobre". Cóż zapewne domyślił się, że mój plan nie musi uwzględniać dobrego samopoczucia Klausa
- Zamkniemy go w lochu, celi, więzieniu, schowku na szczotki czy co wy tam macie. W ten sposób nikogo nie zabije, innymi słowy nie zacznie tracić tej pozostałości człowieczeństwa, która jeszcze w nim została.
- Genialny plan- skwitował blondyn- a uwzględnia on może jak długo mam tam siedzieć? Nie wyglądał na zachwyconego moim doskonałym pomysłem...hmm ciekawe czemu?
- Do momentu w którym twoje rodzeństwo nie wymyśli jak zdjąć z ciebie klątwę. Po za tym zawsze powtarzałeś, że czas liczy się dla ciebie inaczej, bo jesteś nieśmiertelny. Co to za różnica dla ciebie czy będziesz tam siedział dwa lata, czy dwa wieki?
- Haha bardzo zabawne Kochana, ale chyba nie sądzisz, że pozwolę się zamknąć.
- To już nie mój problem. Elijah poprosił bym przyjechała i pomogła ci. Zrobiłam to co mogłam, a teraz wybaczcie, ale w tym tygodniu mam ze trzy zaliczenia, więc będę się zbierać. Zdążyłam zrobić zaledwie dwa kroki. Tym razem zatrzymał mnie Klaus.
- Nie tak prędko Kochana. Jeszcze nic nie zrobiłaś.
- Jak to widzę inaczej. Podsunęłam wam świetne rozwiązanie dzięki któremu nie zginą niewinni ludzie, a ty nie popadniesz w obłęd. Wszyscy wychodzą zwycięsko.
- Tak, wszyscy poza mną. Renegocjujmy umowę- powiedział z błyskiem w oku, a ja już wiedziałam, że za chwilę powie coś co mi się nie spodoba.
- Zgodzę się na to, aby rodzeństwo zamknęło mnie na dwa, nawet na trzy wieki pod warunkiem, że zostaniesz tam ze mną- powiedział uśmiechając się przebiegle.
- Ależ oczywiście- odpowiedziałam z pewną dozą sarkazmu- może jeszcze twoje rodzeństwo będzie łapało dla nas ofiary na których będziemy razem się karmić.
- Nie pomyślałem o tym, ale skoro nalegasz- powiedział po czym zbliżył się do mnie tak, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Widziałam iskierki rozbawiania w jego oczach, ale dostrzegłam w nich coś jeszcze. Była to maleńka ilość pewnej emocji i byłam zaskoczona, że potrafiłam ją wyłapać. Strach. No jasne, że musiał się bać, chociaż trochę. Choć próbował wszystkich zmylić na tę swoją pozę luzaka, to mnie tak łatwo nie oszuka. To sprawiło, że zaczęłam mu nawet odrobinę współczuć. Po za tym przypomniało mi to o jednej rzeczy. Wciąż nie wiedziałam dlaczego wiedźma rzuciła na niego taką klątwę i musiałam przyznać, że ciekawiło mnie to, a Elijah nic mi nie powiedział.
- Dobra, zróbmy tak. Zostanę do jutra i wtedy przekonamy się czy faktycznie jesteś w stanie panować nad swoim pragnieniem.
- O jakim pragnieniu mowa? Bo jeśli nad tym o którym myślę TERAZ to będzie mi ciężko nad nim zapanować kiedy tak na mnie patrzysz Caroline. Wiedziałam do czego piję. Drań. Sprawił, że sama zdałam sobie sprawę z naszej bliskości. Postanowiłam jednak nie dać nic po sobie poznać.
- Jeśli jutro tak jak zapowiedziałeś uda ci się nikogo nie zabić to oznacza, że nie jest z tobą jeszcze tak źle, lecz jeśli się nie uda i ulegniesz pokusie to zostaniesz wtrącony do celi. Rozumiemy się?
- Jeśli uda mi się zaliczyć test to wyjedziesz, co sprawia, że mam ochotę go oblać.
- Klaus- spojrzałam mu w oczy i trochę się zbliżyłam
- Nie udawaj, że cię to nie rusza, bo już dawno przejrzałam twoją grę. Jeśli zależy ci na tym, aby zerwać klątwę, albo przynajmniej zniwelować jej skutki to rób co mówię. Musiałam brzmieć poważnie, bo nawet on przestał się uśmiechać i skinął głową z powagą.
- Cieszę się, że się rozumiemy, a teraz wybaczcie, ale pójdę do siebie. Zaczęłam iść w kierunku schodów. Tym razem nikt mnie nie zatrzymywał.
- Wow bracie nie przypuszczałem, że kiedykolwiek poznam kobietę, której będziesz posłuszny- wtrącił Kol ze swoim typowym uśmieszkiem.
- Cóż mogę powiedzieć. Mądrych kobiet czasami warto słuchać.
- To już wiemy dlaczego nigdy nie słuchasz Rebekah.
- Ha ha bardzo śmieszne Kol- pierwotna siostra dała mu kuksańca w bok, lecz wampir zdawał się tego nie poczuć.
***
Usłyszałam pukanie do drzwi. Nie musiałam otwierać, by wiedzieć kto jest za nimi. Szybki jest. Zdążyłam zrobić może ze dwa kroki w głąb pokoju. Miałam nadzieję, że będę miała trochę czasu na to, aby wziąć prysznic po podróży i coś przekąsić. Ale wygląda na to, że „szanowny" pan hybryda nie może czekać. Znów rozległo się pukanie, a ja zawahałam się przez chwile zanim otworzyłam.
- Zapomniałeś czegoś? Spytałam retorycznie rzecz jasna
- Jak ci się podoba twój pokój?- zapytał z błyskiem w oku
- Mam wrażenie, że gdzieś już widziałam podobny- kontynuowałam jego grę- Wiesz co? Myślałam, że jesteś bardziej kreatywny panie „artysto"- uśmiechnęłam się przebiegle. Uśmiechnął się i przeczesał dłonią włosy. Ehh..zawsze lubiłam jak te loczki opadały mu na czoło. Zaraz! O czym ja myślę?! Zganiłam się natychmiast.
- Mogę wejść?
- To twój dom. Możesz wchodzić gdzie ci się żywnie podoba
- Czy to zaproszenie?- uśmiechnął się chytrze, a ja dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to brzmiało jak zdanie z podtekstem. Miałam szczęście, że byłam obrócona do niego tyłem, bo inaczej zobaczyłby moją reakcję. Usłyszałam za plecami jego śmiech. I tak się zorientował. Łajdak!
- Więc co cie sprowadza? Starałam się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Usiadłam na łóżku po turecku i musiałam przyznać, że teraz wystrój pomieszczenia pomógł mi się zrelaksować. Czułam się niemal tak jak bym znów była w rodzinnym miasteczku.
- Domyślam się, że jesteś ciekawa tego jak to wszystko się zaczęło
- Masz na myśli dlaczego wiedźma rzuciła na ciebie zaklęcie? Cóż, przyznaję przeszło mi to przez myśl.
I co sądzicie o "genialnym" pomyśle Care? Ja też nie mam pojęcia dlaczego się nie zgodził :D ;). Jesteście ciekawi jak i dlaczego doszło do tej całej sytuacji? Co zrobił Klaus, aby tak narazić się wiedźmie? 

16- Miłość uleczy wszystko (Klaroline)- To co najcenniejsze


Nowy Orlean
Usłyszałem głos, którego nie mógłbym pomylić z żadnym innym i przez myśl mi przeszło, że prawdopodobnie mam omamy słuchowe albo halucynacje co w moim obecnym stanie nie byłoby zaskakujące. Jednak wątpiłem w to czy wtedy odbierałbym to tak rzeczywiście.
Puściłem bezładne ciało kobiety, które upadło na ziemię i powoli zacząłem się obracać w kierunku z którego dochodził JEJ głos. Spojrzałem na postać stojącą zaledwie dwa metry ode mnie.
- Caroline, wyszeptałem, aby się upewnić. Wyglądała tak samo jak ją zapamiętałem. Nic się nie zmieniła. Jej falowane blond włosy, niebieskie niczym niebo oczy, które teraz patrzyły na mnie z pogardą, z powodu tego czego była świadkiem jak i swego rodzaju troską, której tak mi brakowało.
- Klaus co ty wyprawiasz? Chcesz ją zabić?! Nie odpowiedziałem na jej pytanie, gdyż nurtowało mnie coś zupełnie innego
- Caroline co ty tu robisz?
- Cóż, widocznie twoje rodzeństwo stwierdziło, że potrzebujesz niańki, aby nie zamknęli miasta z powodu braku populacji
- A ty przejechałaś taki kawał drogi, aby mi pomóc?
- Powiedzmy, że zostałam tu podstępnie zwabiona, ale skoro już tu jestem to myślę, że mogę wpisać w grafiku „ocalić ludzkość przed wiecznie spragnionym stworzeniem". Uwielbiam jej poczucie humoru, sam mało co się nie roześmiałem.
- I jak masz zamiar tego dokonać?
- Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślę. Jak na razie uratuję tę kobietę. Dopiero teraz sobie o niej przypomniałem. Usłyszałem jej puls, był słaby, ale jeszcze żyła. Poczułem tak wielkie pragnienie jak nigdy dotąd. Moja twarz zaczynała się zmieniać.
- Klaus, usłyszałem, lecz mimo to sięgnąłem po ciało kobiety i wyssałem ją do ostatniej kropli, na koniec urywając jej głowę. Pomimo tego, że chciałem przestać, nie mogłem. Słyszałem głos Caroline, ale puls tej osoby wzywał mnie. Nie mogłem mu się oprzeć, pomimo usilnych starań. Gdy wyrzuciłem martwe ciało, usłyszałem jej zaskoczenie. Nie mogłem na nią spojrzeć dlatego odwróciłem się na pięcie i zacząłem uciekać.
- Klaus! Znowu usłyszałem jej nawoływania. Goniła mnie przez jakiś czas, ale nie mogła się równać z moją szybkością. Kiedy uznałem, że uciekłem jej wystarczająco daleko, zatrzymałem się. Co ona tu robi do cholery?! Nie zrozumcie mnie źle, cieszę się, że ją widzę, ale....wolałbym by ona nie musiała oglądać mnie w tym stanie. Moje „mądre" rodzeństwo chyba jednak postanowiło inaczej. Kto ją tu ściągnął? Rebekah? Nie....nie ma szans, nie znosi jej. Kol? Odpada, bo oni nawet się nie znają. Elijah? No jasne, że tak. Kto inny mógł wpaść na tak idiotyczny pomysł jak nie mój moralny i honorowy brat, który obawia się tego, iż wybiję pół miasta. Ale chwila...jak udało mu się ją przekonać do przyjazdu? Jeśli uznałaby mnie za zbyt duże zagrożenie to mogłaby chcieć się mnie pozbyć, ale przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie może mnie zabić. Chyba, że przyjechała ze wsparciem? Wątpię. W takim wypadku ten ktoś nie puściłby jej samej na poszukiwania.
Tej nocy wyssałem jeszcze trzy osoby, po czym uznałem, że jestem pojedzony. Za bardzo ciekawił mnie powód przyjazdu Forbes abym miał się jeszcze zabawiać na mieście. Kiedy wszedłem do salonu ujrzałem moje rodzeństwo i ją. O czymś dyskutowali.
- Widzę, że przyszedłem w sam raz na naradę rodzinną, powiedziałem uśmiechając się szeroko, bo muszę przyznać, że trochę bawiła mnie ta sytuacja.
- Jak się czujesz Niklaus?- spytał mój starszy brat
- Pojedzony, odpowiedziałem oblizując wargi i znacząco popatrzyłem na Caroline
- Nie sądzicie, że skoro jestem głównym tematem to powinienem być obecny na tym „wieczorku towarzyskim"?
- A masz zamiar pomagać czy jedynie zajmować przestrzeń?
- Spokojnie Kochana, tej nocy już nikogo nie zabiję
- Pff...to rzeczywiście pocieszające
- Posłuchajcie- zaczął Elijah- musimy najpierw odkryć co tak naprawdę skrywa się za słowami zaklęcia, aby móc go złamać
- A zapamiętałeś jak brzmi? Tym razem zapytała moja siostrzyczka
Occidere potest populo laborem tuum.
Tanto tu magis perdit
Aliquando enim plus esse quam in temptationem
Et oblitus posse minores minoresque
Speculum Quod tibi non vis videre,
Quae post gloriam misit te perdere tibi.
Nemo auxiliatus sum tibi, non te ipsum reprehendere non est
Extra genus non potes diligere
- Eee....żartujesz sobie? Skąd masz pewność, że tak to szło? Musiałem przyznać Rebekah rację, ponieważ sam nie zapamiętałem słów zaklęcia. Ale przecież mówimy o Elijah...oczywiście, że nauczył się tego na pamięć
- Dlatego, iż znam tłumaczenie. Powinnaś bardziej się przykładać do nauki języków. W dosłownym tłumaczeniu to znaczy:
Zabijanie ludzi stanie się twoją klątwą.
Im więcej zabierasz tym więcej tracisz
Pokusa będzie co raz to większa
A możliwości zapomnienia mniejsze i mniejsze
Lustro nie pokaże ci tego co chcesz widzieć
Stracisz to co dla ciebie najcenniejsze.
Nikt ci nie pomoże, sam jesteś temu winien
Tylko miłość kogoś spoza rodziny może cie uratować
Co to za zagadka? Nic z tego nie rozumiem, stwierdził tym razem mój młodszy brat
- Pierwszy wers wydaję się oczywisty- wtrąciła Forbes
- W jakim znaczeniu „oczywisty"? Od zawsze zabijamy ludzi wampirza „wegetarianko". To nie klątwa- powiedział Kol
- Tak, ale do tej pory mogliście to kontrolować, inna sprawa, że rzadko kiedy korzystaliście z tej umiejętności- odpowiedziała
- A tym razem nie miałeś nad tym kontroli- tym razem zwróciła się do mnie- widziałam to.
- Skąd ten wniosek Kochana? Wyssałem tę kobietę, bo miałem na to ochotę, a nie dlatego, że jakaś „wyższa siła" kazała mi to zrobić, zełgałem
- Czyżby? Z tego co pamiętam zazwyczaj nie pozwalałeś na to by twoja twarz zaczynała się zmieniać, wbrew twojej woli. Przynajmniej nie podczas trwania rozmowy, trafiła z sedno...ehh cała Caroline.
- Kochana to jeszcze niczemu nie dowodzi, odparłem starając się brzmieć jak najbardziej przekonująco, lecz jej słowa sprawiły, że dopadły mnie wątpliwości. Przypomniałem sobie sytuację z zaułku. Puls tamtej kobiety wzywał mnie, w pewnym momencie nie słyszałem nic poza nim, wtedy też zacząłem się zmieniać. Mogłem się domyślić, że to nie umknęło czujnemu wzrokowi panny Forbes.
- Yhm...- nie brzmiała na przekonaną
- Możemy wrócić do meritum? Musimy jak najszybciej dowiedzieć się co kryje się za słowami zaklęcia
- Im więcej zabierasz tym więcej tracisz- powtórzyła pierwotna- co to może znaczyć?
- Im więcej zabiera żyć- zaczął najstarszy z Mikaelsonów
-Tym więcej traci..czego? Czasu?
- Można to tak zinterpretować, chociaż mam inną teorię- powiedziała Caroline- Elijah powiedziałeś wcześniej, że podczas odbierania życia każdej kolejnej ofierze Klaus traci zmysły, jak to ująłeś wtedy? Powiedziałeś, że ulatuje z niego dusza.
- Moglibyście nie mówić o mnie tak jak by mnie tu nie było?-Wtrąciłem, lecz zostałem całkowicie zignorowany.
- Słuszna uwaga, możesz mieć rację- potwierdził najstarszy z braci- pokusa będzie coraz to większa, też wydaje się oczywiste
- W skrócie będziesz zabijał jeszcze więcej ofiar o ile to w ogóle możliwe, a na dodatek stracisz panowanie nad sobą. Przy każdym kolejnym pożywieniu, będziesz zatracał się coraz bardziej, aż zwariujesz do reszty...ehh nie zbyt to pocieszające,pomyślałem.
- Też mi coś...nie wierzę w żadną klątwę. Udowodnię wam, że całkowicie nad sobą panuje
- Tak? A jak chcesz tego dokonać?- zapytała młodsza blondynka
- Jeśli do końca tej nocy nikogo nie zabije to będzie dla was wystarczający dowód?
- Nie, bo tej nocy już się pożywiałeś. Ale jutro. Jeśli jutro uda ci się nikogo nie zabić to wtedy ci uwierzymy.
- Pamiętaj, że muszę coś jeść Kochana. Chyba nie sądzisz, że utrzymanie tak doskonałej formy nic mnie nie kosztuje, posłałem jej zuchwały uśmieszek. Z reguły kobiety widząc go mdleją lub chociaż się rumienią, ale nie ona. Puściła moją uwagę mimo uszu.
- Dobra. Jak rozumiecie możliwości zapomnienia?- spytał Kol, który od dłuższej chwili nie wtrącał się do dyskusji. Sam nic nie rozumiał z ich wywodu, więc postanowił się nie wtrącać. Jednak teraz nastąpiła dłuższa chwila ciszy, a Kol lubił gdy cały czas coś się działo.
- Proste, myślę, że chodzi o samo pożywianie się. Sami pomyślcie, kiedy pijemy czyjąś krew to nie myślimy o niczym, zapominamy o wszystkim, prawda Caroline?- widziałem jak moja siostra popatrzyła na nią chytrze.
- Oh! No tak jak mogłam zapomnieć? Nie masz pojęcia o czym mówię, czyż nie tak?- udała, że „zapomniała", iż nie wszyscy w tym towarzystwie pożywiają się na ludziach.
- Nie do końca- panna Forbes zdawała się nie zrozumieć przytyku, lub po prostu kompletnie go zignorowała. Teraz wyglądała na zamyśloną, odpowiedziała po dłuższej chwili wpatrując się w dal, jakby przeżywała coś ponownie.
- Właściwie to raz zdarzyło mi się pić ludzką krew wprost ze źródła. To było zaraz po mojej przemianie, ale...wciąż pamiętam to wszechogarniające mnie uczucie zapomnienia połączonego z ulgą- zamrugała szybko oczami i wyglądało na to, że „wróciła"- więc tak, myślę, że wiem co masz na myśli. W dodatku zapewne masz rację. To co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, iż Caroline zgodziła się z moją siostrą, jednak patrząc na Rebekah zrozumiałem, że to nie ja byłem w największym szoku. Moja siostra wciąż patrzyła na swoją rozmówczynie podejrzliwie jakby oczekiwała, że ta za chwilę coś doda. Coś co sprawi, że jej pójdzie w pięty, a kiedy Forbes tego nie zrobiła wyglądała niemal na zawiedzioną.
Ej! Tylko ja się głowię nad tym o co chodzi z tym lustrem?- wtrącił najniższy brunet- czego nie pokaże mu lustro? Odbicia?- zaśmiał się głośno- Nik wygląda na to, że będziesz niewidzialny albo jeszcze lepiej staniesz się duchem
- Ogarnij się Kol! Wątpię, żeby chodziło o coś takiego. Zastanów się. Jak niby hybryda miałaby stać się duchem? Nawet potężna wiedźma nie jest w stanie tego dokonać. Po za tym poprzednie wersy nie miałyby wtedy sensu, bo gdyby chodziło o stanie się niewidzialnym to przecież co ma z tym wspólnego pragnienie krwi i tracenie duszy?
- Rany siostra...no już pożartować sobie nie można- wyglądał na urażonego
- To musi mieć jakiś głębszy sens- zastanawiała się Care- może to metafora? Lustro zazwyczaj pokazuje nam nasze prawdziwe oblicze, to kim jesteśmy.
- Dobrze myślisz- pochwalił ją Elijah- Skoro Niklaus będzie tracił duszę to nie zobaczy w lustrze „prawdziwego" siebie, innymi słowy tego co chce widzieć.
- To również dotyczy kolejnego wersu: stracisz to co dla ciebie najcenniejsze. Tracąc duszę, straci osobowość, dość irytującą mogę dodać, ale mimo wszystko zapewne jest cenna...
- Rodzina- powiedziałem głośno i wszystkie pary oczu skierowały się na mnie
- Ehh...nie patrzcie na mnie tak jakbyście byli zaskoczeni, muszę przyznać, iż ich zachowanie nieco mnie zirytowało. 
-Dla mnie najważniejsza jest rodzina. Jeśli to co wcześniej odkryliście na temat utraty duszy i tego, że wpadnę w obłęd jest prawdą to by się zgadzało. Po za tym o ile pamięć mnie nie myli dwa ostanie wersy dotyczą właśnie was.
- Nikt ci nie pomoże, sam jesteś temu winien- powtórzył Elijah
- Tylko miłość kogoś spoza rodziny może cię uratować, dokończyłem
- Skąd twoja pewność Niklaus?- zapytał mój starszy brat
- Ta wiedźma non stop gderała o tym, że po za wami nie mam nikogo, że gdyby nie wy byłbym sam i że to moja wina, iż przez te wszystkie stulecia nie dopuściłem do siebie nikogo z kim nie łączą mnie więzy krwi, znacząco spojrzałem na Caroline, chodź ona zdawała się tego nie zauważyć. Teraz zrozumiałem dlaczego moje rodzeństwo ją tu zwabiło. Zapewne wszyscy sądzili, że ona może pomóc.
- Skoro już wiemy co oznacza zaklęcie, będziemy mogli je złamać- powiedział entuzjastycznie Kol
- Tak, chyba nawet mam pomysł jak to zrobić- powiedziała panna Forbes z chytrym uśmiechem, który mi się nie spodobał.

Co takiego wymyśliła Care? Jesteście ciekawi? Mogę jedynie zdradzić, iż intuicja Klausa go nie zawiodła ;).